Dostałam mieszkanie składające się z dwóch pokoi i łazienki. Jeden z owych pokoi to przy okazji kuchnia, doskonale wkomponowane blaty i lodówka. Sypialnia to tylko łóżko, za to duże i bardzo wygodne. Ściany wszędzie są beżowe, nawet w łazience, podłogi zaś koloru ciemnej herbaty. Mieszkanie znajduje się tuż nad tym Brandona - na poddaszu przez co nie ma, niestety, balkonu. Jest jednak wiele okien. Bardzo je lubię, chociaż zamieszkuję je ledwie siedem nocy.
Łazienka to właściwie bezużyteczne pomieszczenie. Próżno szukać tu bieżącej wody, czy działającej toalety. Prysznic biorą w sklepie, gdzie tuż obok prysznica (niedziałającego) postawili wielką misę wody. Czasem ktoś majstruje tak, by z prysznica leciała woda, ale nigdy ciepła i zawsze tyle, ile nalano do misy. Wychodek to dla każdego inne miejsce. Na szczęście lasy są naprawdę spore.
Dowiedziałam się, w jaki sposób dotrzeć do mieszkań wszystkich poza Williamem, ale wolno mi odwiedzać tylko nielicznych. Cieszę się, że powoli przyjmują mnie do swego grona. Nie ufają mi, ale pozwalają zajmować się czymś pożytecznym, a to już coś.
Szczerze mówiąc moje 'pożyteczne zajęcie' polega na regularnych spacerach po lesie i ruinach w poszukiwaniu jakichś dzikich owoców, których jeszcze nie spróbowałam, bo wyglądają naprawdę nieprzyjemnie. Poza tym, cały czas ktoś mnie obserwuje.
Pogoda jest dzisiaj bardzo ładna, słońce grzeje od samego rana, odwraca uwagę od powierzonych zadań, niemal prosi, aby prażyć się w jego promieniach. Wychodzę przez małe okienko w sypialni, co jest nie lada wyczynem, bowiem zamieszczono je w pochyłym suficie jednak, gdy udaje mi się to osiągnąć ląduję najpierw na dachu, a potem absolutnie niezdarnie spadam na grubą gałąź. To wyżej niż odważyłam się wejść dotychczas i z radości niemalże tracę równowagę.
Życie tutaj jest takie łatwe! Wiele barwniejsze niźli to, jakie prowadziliśmy z Nicholasem w Nowym Jorku. Bez obaw, że rodzice zupełnie zatracą się w sobie, że szabrownicy zajmą naszą dzielnicę. Nie mam ochoty w ogóle myśleć o czasach sprzed porwania, ta krótka chwila wolności wystarczyła mi, żeby zapomnieć. Zabawne, jak szybko można się przyzwyczaić.
Tutaj jedzenie w postaci warzyw hodują sami na małych poletkach, owoce leżą gdzie tylko nie spojrzeć, zaś małe zwierzęta plączą się pod nogami jeszcze zanim komukolwiek przyjdzie do głowy polowanie.
Oczywiście nie wszystko, co oferuje przyroda można zjeść. Wszystko natomiast przyciąga swoim zapachem i kolorem. Co prawda odmienny klimat nie pozwala przewidzieć pogody, dlatego myślę, że gdzieś mają zapasy.
Rekompensatą za niewielką ilość wad są ludzie, szczególnie panujące między nimi relacje - zażyłość i chłód, bezgraniczne zaufanie, a zarazem nieufność, czy pragnienie samotności. Każdy otrzymuje tyle swobody, ile potrzebuje, lecz równocześnie wszyscy poczuwają się w obowiązku do robienia czegoś nie tylko dla siebie. Szybko to zauważyłam i wiele tych niemówionych zasad sama poczęłam przestrzegać.
Brakuje mi teraz Nicka. Gdyby mógł podobnie odnaleźć w tym wyniszczonym świecie swój azyl, zamiast pobudki w nieznanym i nieprzyjaznym miejscu bez pamięci o bliskich. Zasługiwał na Śmietnik o wiele bardziej ode mnie.
Risto i Mattchew niezwykle często powtarzają, że zdążę wielokrotnie zmienić zdanie co do tego miejsca. W takich chwilach nie mam pojęcia, co chodzi im po głowie, ani co odpowiedzieć, aby ich do siebie nie zrazić. Risto oraz bracia Mike i Matt, a czasami Blase, Frank i Ian są mi towarzystwem. Rozmawiają ze mną, kpią ze mnie, żartują, śmieją się do mnie, innymi słowy traktują moją osobę zwyczajnie nie czyniąc sensacji z mojego przybycia, za co mogłabym postawić im ołtarzyk. Najbardziej ze wszystkich uwielbiam jednak Brandona, czuję niewymowną wdzięczność za to, że wstawił się za mnie i mogę włóczyć się za nim niczym pies, próbując wymyślić sposób na oddanie długu. Zapewne ciąży mu to, lecz rzadko zdradza swoje myśli; wiele ukrywa po maską pogody ducha. Tak sądzę. Ludzie wprawiają mnie w osłupienie swoją odmiennością.
Uśmiecham się do siebie.
Brandon niechcący zdradził mi, że trafiając tutaj człowiek otrzymuje dar. Darem nie jest życie w tym miejscu ani pamięć poprzedniej egzystencji, lecz pewne fizyczne bądź psychiczne ulepszenie. Nie powiedział nic bezpośrednio do mnie, szeptał sam do siebie i zapisywał notatki. Stałam tuż za nim, dlatego myślałam, że wie o mojej obecności. Obserwuję wszystko od tamtej pory baczniej, ale nic nie znalazłam.
Wstaję. Chcę skorzystać z samotności, która mnie pociąga. Chwiejnym początkowo krokiem rozpoczynam spacer po gałęzi, a stawiając stopę drżę na dźwięk jej skrzypień. Jestem teraz wyżej niż na wysokości czwartego piętra, zatem najmniejszy błąd, czy niepewność może okazać się zgubna. Patrzę w dół, lecz widzę tylko różowe liście i inne gałęzie, co przywodzi na myśl bolesny upadek.
- Dawno nikt nie poruszał się tak głośno, jak ty. Słyszałem cię z drugiego piętra.
Odwracam się szybko, bo nie rozpoznaję głosy, który słyszę. To był błąd, natychmiast tracę równowagę.
- Tylko nie spadnij - Ian z gracją i bezgłośnie doskakuje, aby podać mi dłoń. Chwytam się jej mocno, a po chwili znowu stoję prosto i patrzę prosto w brązową bluzę.
- Dziękuję - sapię. - Patrząc na wasze wyczyny myślałam, że to proste.
Nie podnoszę wzroku. Wstyd mi za swoją niezdarność, choć jeszcze przed chwilą byłam pewna siebie, idąc z szeroko rozłożonymi ramionami. Ian podskakuje lekko i wysoko jak gdyby nic nie ważył, doskakuje do dachu bloku, potem siada wygodnie z półuśmiechem na ustach.
- Lata praktyki.
Śmieję się cicho.
- Po co w głośnym świecie nauka cichego poruszania? - Pytam i dopiero teraz patrzę mu w oczy. Z szarych tęczówek naraz znika cała zabawa, a zastępuje ją powaga, co zadziwia mnie kolejny raz. Nagła zmiana, zauważalna tylko w ich oczach wszelkie emocje przemienia w śmiertelną powagę, ilekroć napomknę coś o urokach życia na Śmietniku.
- Łudzisz się, Noro. Oceniając Śmietnik w samych superlatywach, jeszcze nie poznałaś największych jego uroków. - Ostatnie słowo wypowiada z ironią, a przedtem waży je w myślach, póki nie stwierdza, że jest odpowiednie. - Zrozumiesz, że bezszelestny chód to ledwie jedna z wielu przydatnych umiejętności.
- Nikt z was nie chce mi powiedzieć, dlaczego mają być przydatne. Może mogłabym lepiej ćwiczyć z wiedzą, czego się spodziewać.
Skarżę mu się pomimo faktu, że przecież znam go słabiej niż pozostałych tolerujących mnie, jednakże to dla mnie trudne. Starają się przestrzegać, napominać, nie dodając przed czym. Co wprawia bandę dzikich ludzi w taki przestrach?
- To nie takie proste, tłumaczyć ci co mamy na myśli, szczególnie, że sami nie wiemy co to, skąd się bierze, ani czego chce.
Zafrasowana twarz chłopaka jest zabawna, ukryta pod burzą brązowych włosów zdających się prowadzić własne życie.
- Nie rozumiem - powoli i ja dochodzę do daszku. Niezgrabnie wdrapuję się nań, następnie wpadam przez własne okno do sypialenki. Chciałam zmienić jego zdanie o nagogłowej Norze, a wpadam w dziurę, przez okno, którego nie zauważyłam. (Albo po prostu zapomniałam, że tam jest. O ile to w ogóle możliwe). Litości! Cholera jasna! Szczęśliwie rozbawia go to niesamowicie. Dławię się moment, zanim udaje mi się roześmiać a i wtedy ów śmiech brzmi bardziej jak zdławiony szloch, bowiem uderzyłam się o kant łóżka kością ogonową.
- Chodź mała, Brandt wynajdzie no to jakąś herbatkę.
- W porządku! Nie bolało.
Mam talent do rozbawiania miejscowych, myślę słysząc chichot.
- Zaraz wybuchniesz płaczem, dzieciaku.
- Wolałabym dokończyć rozmowę.
- Będzie czas na rozmawianie - podtrzymuje mnie w pasie, jakbym naprawdę przeżyła ciężki upadek, a nogi odmówiłyby posłuszeństwa. Zapewne wyjaśnienia będą kolejnym wyśmienitym żartem.
Wchodzimy do mieszkania Brandta kilka minut później. Ja o własnych siłach, rozmasowując bolący punkt, Ian tanecznym krokiem, szczerząc zęby. W Białym Pokoju siedzi Frank, Mattchew i Mike. Zajmują ich różne książki - Frank przegląda stary album, bracia grube słowniki. Mike zauważa mój zbolały wyraz twarzy i podbiega zatroskany. Fiołkowe, lekko skośne oczy szukają ran, więc znowu kulę się w sobie, bo przecież nic mi nie jest, a jedynie własna głupota boli mnie przejmująco.
- Co się stało? - Pyta od razu, wciąż szukając w mojej twarzy informacji. Ian tłumaczy wydarzenia sprzed chwili, z szerokim uśmiechem.
- Uwodziła kocimi ruchami, ale nie zauważyła okna i spadła do pokoju.
Frank i Matt parskają tłumionym śmiechem tak, jak myślałam. Mike z nieco mniejszą troską odpowiada:
- Nie potrzebowała Robota, naprawdę uzdolniona.
- Miałam, zdaję się zostać poczęstowana leczniczym napojem - wtrącam.
- Szkoda ziółek na coś takiego. Zapal sobie - proponuje Frank.
Dość sensowny pomysł, oni lubią palić, więc ma to chyba jakieś właściwości. Może uspokaja, poza tym Risto mówił, iż jest to przy okazji rozrywka. Absolutnie mnie to przekonuje. Przejmuję papieros z dłoni Matta i mocno wciągam powietrze. Ostry, do niczego nie podobny smak kuje w gardło i coraz niżej, wprawia ciało w spazmatyczny kaszel, ma gdzieś nieme błagania, by tego uniknąć, bo przecież już dość zbłaźniłam się tego dnia. Mam dosyć, dlatego też raz jeszcze wciągam dym w płuca, a potem znowu i rzeczywiście zapominam o bólu kości.
Zignorowali moje przeżycie, bardziej zajmuje ich docinanie Ian'owi.
- Ciekawe, coś ty robił w oknie Nowej, co Ian?
Frank celuje palcem wskazującym w kompana, strzela, aż w końcu zdmuchuje dym z wyimaginowanej lufy, a jego wyzywające spojrzenie świdruje i oczekuje wyjaśnień.
- Hałasowała, to poszedłem sprawdzić co robi - wzrusza ramionami.
- Niby logiczne - stwierdza Matt, ale Frank jeszcze nie skończył. Unosi łukowate brwi, usta rozciąga szeroko. Dziwny odgłos wydają wyłamywane przezeń palce. Jest chyba najmłodszy spośród swych towarzyszy, lecz chartem ducha oraz pewnością swych przekonań nie ustępuje żadnemu z nich.
- Byliśmy piętro niżej i nic nie słyszeliśmy. Trzy byłeś trzy.
- Wy nigdy nic nie słyszycie. O! Posłuchajcie. Leila klnie na dole i kłóci się z Tetsu.
- Żaden wyczyn - uśmiech Mike'a nie pasuje do trwającej konwersacji. - Oni wszędzie łażą razem i ciągle się kłócą.
Ian przymyka znudzone powieki i wyczekuje nowych odgłosów, ja tymczasem odnotowuję w pamięci jego dar. Słyszy co zechce, nie musi nawet specjalnie się na tym skupiać.
- Za chwilę wbiegnie tu Risto. Po fajki. Wypala z nudy całe pudełko zapałek. No dalej! Trzy... Dwa...
Nie zdążył dokończyć. Risto, jak w zegarku wbiega do pokoju z podpaloną zapałką w ustach. Widząc nasze (a szczególnie moje) rozdziawione usta i szeroko otwarte oczy przystaje z niemym pytaniem. Nie uzyska odpowiedzi. Gwiazdą dnia został Ian. Opowiadam nieskładnie czego dokonał, aczkolwiek nie wyczekuję podziwu nad tą historyjką. Risto słucha jej uważnie, a kiedy kończę dorzuca dumnie:
- Którejś nocy pokażę ci coś lepszego.
Noc nastała zanim się obejrzałam.
Brandon nie wrócił dotychczas, ja zostałam z Frankiem, który kończy przeglądanie albumu. Poukładałam z jednej strony pokoju na drugą całą górę książek, co jakiś czas otwierając jedną i wertując jej kartki, dopóki nie natrafiam na ładnie twardo oprawioną księgę. W środku posiada ona tylko nieopisane strony. Jest pusta. Odkładam ją, lecz kolejne są takie same; ładne na zewnątrz, a w środku nie zawierają żadnych treści. Potem napotykam te, które podpisane są naszymi imionami. Kilku z nich nie znam. Odnalazłam również swoje - chcę przejrzeć ją, ujrzeć co opowiada.
- Jeśli chcesz zachować sympatię i zaufanie Brandona, nie ruszaj tego, co sam napisał. - Frank odbiera mi 'Norę' i ostrożnie odkłada.
- Napisał w niej moje imię - staram się obronić ciekawość.
- Każdy ma taką książkę.
Mimo tego całą sobą pragnę do niej zajrzeć. Dowiedzieć się, co ukrywa.
* * *
- Czy mogłabym Cię o coś zapytać? - Siedzę na włochatym liściu. Wiem, że William stoi tuż za mną od dłuższej chwili, więc kiedy to mówię nie odwracam się tylko nasłuchuję.
Ian cały dzień powtarzał mi, że usłyszę co zechcę, jeśli odpowiednio się na tym skupię, przez co polegam teraz głównie na tym zmyśle.
Will siada obok. Jego tęczówki są ciemnozielone, skupione.
- To zależy, czy będę umiał odpowiedzieć - mówi cicho. Ma niski głos, melodyjnie brzmiący, przyjemny dla ucha.
- Wiem, że nie masz na imię William - zaczynam. Spostrzegłam to wczoraj. - Skoro wszyscy tak cię nazywają, pomimo błędu wnioskuję, iż wcale ci to nie wadzi. Chciałabym wiedzieć, jak zwać cię powinni.
- Guillaume.
- Brzmi niezwykle. Nie jest angielskie, prawda?
Guillaume William odsuwa się jakiś metr dalej, a usta rozciąga w ironicznym uśmiechu. Zielone oczy są wpatrzone w coś na dole, podnosi wzrok kręcąc głową.
- Czy mógłbyś opowiedzieć mi historię swojego imienia?
To pytanie płynie nagle, choć myślę, że to właśnie odpowiedź na nie interesowała mnie od początku najbardziej. Niestety po raz drugi odpowiada milczącym kręceniem głowy. Zbija mnie tym z tropu, tak bardzo chciałam usłyszeć jego historię, w ogóle nie przygotowałam się na odmowę. Onieśmielona chcę odejść, chociaż to ja pierwsza siedziałam w tym miejscu.
- Słuchaj - słyszę w pewnym momencie, podczas gdy ja wskakuję (albo raczej wdrapuję się ciężko) na liść wyżej. - Jesteś tu zbyt długo bez konsekwencji. Myślę, że dzisiaj albo w bliskiej odległości czasowej coś podrzucą. Lepiej nie spij dziś w nocy.
Najpierw przychodzi mi do głowy, że dziwnie mówi. Dopiero po chwili stwierdzam, że nie rozumiem o czym. Wysłucham tej rady niewątpliwie, ale nie mam pojęcia przed czym winnam uważać czyhającej nocy. Potwierdzam odbiór przekazu skinieniem. Czym prędzej biegnę do mieszkania, mamy środek dnia, zdążę chwilę pospać i zachować trzeźwość umysłu do rana. Na ciemnej klatce schodowej przeskakuję po kilka stopni na raz, mijając szybko cztery piętra zastanawiam się, no co było mi trudzić się schodzeniem z drzewa, skoro wystarczyło wleźć jeszcze trochę wyżej, a do okna zostałby krok. Chyba nie umiem myśleć o dwóch rzeczach jednocześnie.
W kuchni mojego mieszkania rozgościli się bracia wraz z Frankiem i Risto, przepełnili ją zapachem tytoniu i napięciem towarzyszącym pokerowej rozgrywce.
- Nora, cholero, że też teraz cię przyniosło - Frankie wita mnie przepraszającym spojrzeniem.
- Tylko twoje było wolne - słyszę.
Uśmiecha się do nich, absolutnie mi nie przeszkadzają - ich rozgrywki pomimo wszechobecnego dymu są raczej ciche, bardziej liczą się spojrzenia aniżeli słowa. Tłumaczę im, że chciałabym odpocząć przed nocą, proszę, by obudzili mnie przed zmrokiem. Taki układ odpowiada całej czwórce.
Nie mogę zasnąć. Pozostaje czekać.
* * *
Przepraszam za błędy. Mam ogromny problem w kwestii przecinków. Stawiam ich całą masę (nie wiem dlaczego), jakby nadawały treści wyrazu. Starałam się ograniczyć tu ich ilość, przez co mam wrażenie, że wszystko jest bezbarwne.
A może to nie dlatego? Czekam na opinie.
Powiem Ci, że ja żadnych błędów nie napotkałam, wszystko szło w mojej głowie swobodnie. Jaki dłuugi rozdział! Jeej, jaki fajny!
OdpowiedzUsuńPodoba mi się ta perspektywa, cały ten styl, wszystko to jak piszesz. :3
Nora! Pałam miłością do tego imienia. Główna bohaterka wydaje się być jak najbardziej ciekawa. Tyle ludzi! Podziwiam cię, że potrafisz ich rozdzielić i że nie wydają się być tacy sami. Chciałabym tak.
JESZCZE, JESZCZE.
doszłam do końca ! czekam na następny rozdział. wiem, że czas jest największą przeszkodzą, jesli chodzi o tworczość. czas, a raczej jego brak. też zawsze mam go za malo... jeśli chodzi o przecinki, wystarczy, że będziesz dobrze potrafiła rozkładać zdania na część podrzędną i nadrzędną :) to cały sekret ! a jeśli czegoś nie wiesz - pisz do mnie ! :) zawsze z checią pomogę :)
OdpowiedzUsuńprzeczytałam tą zakładkę o Tobie i widzę w nas małe podobieństwo, a mianowicie obie kochamy czytać i pisać, od małego ! :)
pozdrawiam i życzę weny :)
+ jeśli chcesz, to napisz na priv :) z chęcią porozmawiam z kimś o podobnych zainteresowań do moich :) moje gg to : 41423396 :)
i jeszcze raz zapraszam do siebie ! :)
i jeszcze coś... w żadnym wypadku nie dopowiadaj niczego o książce jako TY, bo to sprawia, że cała magia pryska ! :) przecież za pewne sama wiesz, że w czytaniu fajne jest to, że nie od razu wszystko wiadomo, że nie od razu wszystko jest proste i logiczne :) z czasem wszystko się okaże, bohaterowie już weszli mi w pamięć ( a mianowicie ich imiona ), bo historia mnie zaciekawiła :)
OdpowiedzUsuń