Informacje:

UWAGA





Cześć, właśnie zawiesiłam bloga :) 
Właściwie survive-tomorrow zostaje oficjalnie zamknięty
Dlaczego? Jakiś czas temu uznałam, że: a) wszystko dzieje się zbyt wolno - to znaczy, że za bardzo skupiam się na 'niczym', tymczasem nie pozwoliłam Wam poznać bohaterów, Śmietnika i... dobra, wiem, tandetnie wszystko wyszło; b) muszę coś tutaj zmienić - nie wiedziałam tylko co. 
No i wiecie, jak to jest. Muszę popracować nad tekstem porządnie, a wtedy będę publikować. Do tego szkoła teraz (wybrałam profil politechniczny tak zwany, czyli rozszerzona matma i fizyka), nowe otoczenie, mało czasu. Chciałabym, żeby historia Nory była ciekawa, a żeby to osiągnąć napiszę ją od nowa. Całą -może nabierze kolorów, czy coś. 
Przy okazji muszę podziękować za Wasze komentarze cudowne, miłe, itp. Czytałyście to wszystko i bardzo bardzo jestem Wam wdzięczna :) 
Jeszcze powrócę nowa i (mam nadzieję) lepsza, pewnie niedługo. Mam nadzieję, że odwiedzicie wtedy mojego bloga, którego adres tutaj umieszczę :) 


Pozdrawiam i dziękuję, 
vj 

PS Wybaczcie, opuściłam się ostatnio. Nie czytałam najnowszych rozdziałów na Waszych blogach, ale nadrobię to już w weekend. 
PPS Wiem, tą notkę też napisałam dziwnie, jak to ja. 

Rozdział Dwunasty



"Who are you tu wave your finger?"
- Tool, The pot


  Jego nieskładne wypowiedzi nie docierały do nikogo w tamtej chwili. Wyłączyłam rozumowanie już kiedy kazał mi trzymać wędkę. Oczywistym było dla mnie, że wcale nie miałabym siły utrzymać takiej bestii na haczyku – on zapewne wiedział to równie dobrze – zerwałaby linkę zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować. Zerwałam z paska nóż, po czym trzon wsadziłam mocno pomiędzy zęby; wskoczyłam do wody jak najdalej od brzegu. Ręce widziały, jak skutecznie przedzierać taflę, by dotrzeć szybko do celu.
  Zanurkowałam tuż obok walczącego ogona.
  Woda była mętna i najpierw zobaczyłam mnóstwo zielonych patyczków wypływających z dna. W następnym momencie uwagę przykuła już ryba. Była większa ode mnie, szeroka, cała pokryta ciemnoszarą łuską. Głodnymi oczyma mierzyła przepływające wokół mniejsze stworzenia zirytowana, że ogranicza ją coś tak nędznego. Zdałam sobie sprawę, że ja również jestem mniejszą istotą, gdy jej otwarta paszcza skierowała się w moją stronę.
Zanim postanowiła zapolować ryba szybkim ruchem wynurzyła łeb ponad wodę, żeby zaraz potem odrzucić wędkę Michaela daleko od niego i zwinnie otoczyć mnie swym śliskim cielskiem. Szamotałam się nerwowo przez chwilę, odpierając jej ataki rękoma. Potrzebowałam powietrza, a tymczasem ściągała mnie coraz głębiej.
Bezradnie przypatrywałam się, jak zielone patyczki wczepiają się w rybę, dopóki coś nie ukąsiło mnie ramię i plecy. Podłużne rurki nacinały skórę, a następnie przyssały się do niej, co było strasznie nieprzyjemne.
  Gdzieś dalej coś również zmąciło wodę. Jeden z braci wskoczył za mną. Zwinnie, niezauważony przemierzał dzielące nas metry.
Nie! Tym razem dam radę sama!
Matt znacząco machał palcem, wskazując na usta. Wyswobodzoną ręką dotknęłam swoich i nagle przypomniałam sobie o zakleszczonym w nich nożu, mojej jedynej broni. Usta miałam pełne wody, ale nie mogłam tego zmienić.
Zaatakowałam bez namysłu w miejsce, które ryba sama nadstawiła. Niezdarnie trafiłam w płetwę, wprawiając ją tylko w jeszcze większą irytację. Z jeszcze większą zawziętością popłynęła przed siebie, rezygnując z posiłku panicznie wierzgającego tuż obok. Ja niestety nie mogłam tak po prostu dać jej uciec – zostałabym okrzyknięta nie tylko nędznym wędkarzem, ale także tą, która pozbawiła Niedoskonałych wspaniałej smażonej ryby. Szczególnie Leila miałaby za złe Nowej taką głupotę.
Myśląc o blondynce wyciągnęłam ostrze z płetwy, by następnie zatopić je głęboko między łuskami. Płynęłam teraz wraz ze swym oprawcą i ofiarą, trzymając z całej siły broń, drugą zaś ręką zranioną płetwę.
Powietrza!
Byłam przygotowana na jeden błąd, jedną szansę pokonania wodnego drapieżnika, jedyny moment mogący przynieść mi nieco lepszą renomę. Ta chwila musiała jednak nastąpić szybko, bowiem Nora córka ludzi bez wspomnień nigdy nie była dobrym nurkiem.
Próba nadeszła, gdy pysk stworzenia ponownie wynurzył się ponad przejrzystą taflę. Zwolniła  niemal zupełnie i wtedy właśnie wspięłam się wyżej na tyle, żeby łeb był na wyciągnięcie ręki.
Wystawiłam głowę ponad wodę. Zachłysnęłam się ogromem powietrza wypełniającego teraz płuca i wodą, którą połknęłam miast wypluć.
Cały czas pozostawałam skupiona na nowej misji, na rybie. Ta natomiast zdążyła już powrócić do ucieczki, choć nie na długo. Z wrzaskiem uniosłam nóż wysoko, a tuż potem w morderczym geście trafiłam nim jej oko, potem raz jeszcze nieco wyżej. Kilkakrotnie uderzałam w łeb, aż wreszcie przestała płynąć.
Zsunęłam się z niej zmęczona, lądując w czerwonym jeziorku. Otaczała mnie ciemna krew, do ciała nadal przylegały ssące patyczki. Rybie usta otworzyły się jeszcze raz, choć oczy zastygły na zawsze; jej życie uszło już gdzieś bezpowrotnie i byłam dumna, że mogłam podziwiać tę śmierć. Byłam jej przyczyną.
  Czy jeśli sprzymierzę się z Kostuchą daruje mi ona żywot?
  Matt nadpłynął po chwili i sprawnie odepchnął truchło. Ja zdziwiona jego gestem sapałam akurat, krztusząc się nadal. Uczyniwszy to dziwne dzieło zerknął na mnie z dezaprobatą, a potem ruszył ponownie do brzegu nic nie mówiąc. Popłynęłam za nim.
  Na brzegu Michael mocno ściskał pukiel swoich włosów. Przestępował z nogi na nogę, jakby nieco zawstydzony i machał do nas wolną ręką.
  - Kurczę Nora, nie widziałem, że to arapaima. W dodatku ogromna, mogła cię udusić!
  I jemu oberwało się lodowatym spojrzeniem bliźniaka.
  - Zabiła arapaimę, to głupota i niepotrzebne niebezpieczeństwo. Mogłeś uciąć sznurek, zamiast z nią walczyć Mike. Teraz przypłynie tu jakiś inny drapieżnik, a potem będziemy znów zmieniać łowisko. Kretynizm! – Sprzątał wędki. Najwidoczniej zakończyłam dzisiejsze połowy. Moja chwila chwały nie nadeszła. Pozostałam ciągle Nową bez wiedzy – tym razem o rybach.
  - Spokojnie, pierwszy raz ją widziałem. Musiała przypłynąć niedawno. Z resztą rzadko bywają tu arapaimy… - Niższy z bliźniaków bronił mnie zaciekle. Sama wtrąciłabym jakiś usprawiedliwiający argument, gdybym miała pojęcie o tutejszych wodach. Musiałam biernie brać udział w sprzeczce,  której byłam przyczyną.
  - Właśnie tak! Nie przypływają prawie wcale! I przez to aż roi się tutaj od tych paskudnych pallusów! Przez tą chwilę przyczepiły się do mnie cztery, ale popatrz na Nową. Fuj!
  Oderwał od ramienia jeden z zielonych patyczków. Pallus zostawił po sobie okrągły punkcik, z którego krew kapała sporymi kroplami. Uczyniłam to samo, idąc za jego przykładem, ale paskudnie mnie zabolało. Jęknęłam więc mimowolnie, a tymczasem Mattchew zrywał po kolei każde stworzonko, następnie rozdeptywał każde z nich powoli i ze wstrętem.
  - Tylko nie mów reszcie, Matt, bo nie pozwolą jej jeść.
  - Sami zobaczą, jak tylko na nią spojrzą. Nie dość, że cała poharatana to teraz jeszcze w kropki. Nowa, ty chyba nigdy nie będziesz ładna – westchnął przeciągle. – Ruszajmy, za chwilę upał będzie nie do wytrzymania.
  Musiałam nieść dwie wędki i najmniejszą ze złowionych dziś ryb. Trzecia wędka utonęła wraz z arapaimą, a ryby nieśli bracia. Wlokłam się za nimi spocona. Z każdą chwilą odczuwałam coraz bardziej rozmoknięte rany ostatnich dni.
  Słońce górowało nad doliną, którą przemierzaliśmy i nie przesłaniała go żadna chmurka. Jeziorko było połączone z rzeką, mogłam ją teraz zobaczyć, kiedy znaleźliśmy się nieco wyżej, była szeroka i czarna, niespokojna raniła swoje brzegi pnąc gdzieś na północ. Otaczały ją laski pełne sosen i połamanych dębów, zastępowanych stopniowo przez wysokie drzewa, miejscami widziałam również polany pełne kwiatów oraz wysokiej trawy, schronienia mieszkańców tychże lasów, byłam pewna. Wchodziliśmy akurat po krętej, kamienistej drodze na niewielką górę pokrytą szorstkim mchem, aby obłożyć nim ryby i zapewnić im dłuższą świeżość. Później czekała nas spokojna trasa do Kamienicy pośród wysokiej trawy.
Idylliczne obrazy krainy zwanej Śmietnikiem pozwalały zapomnieć o wszelkich troskach.
Nad nami przeleciał ptak. Zaraz za nim całe wrzeszczące stado; doskonale je znałam.
  - Co to za zwierzęta? – Podbiegłam do Mike’a.
  Większe od nas; to chyba cicha zasada tutaj, że zwierzęta były sporej wielkości. Ich ciała pokryte czarnym  błyszczącym pierzem za nic miały upał, niestrudzenie szybowały ponad nami. Długie zakończone ostro dzioby krzyczały radośnie i beztrosko. Porównywałam je w głowie do czarnych orłów i kruków, przypisawszy pochodzeniu ptaków barwną historię o miłości stworzeń, niepotrafiących kochać.
  - Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami. Śledził harce w powietrzu z uśmiechem. - Brandon mówi, że to po prostu duże kruki, nieszkodliwe. Są głośne, ale nie przyniosły nam dotychczas żadnych szkód. Pewnie zjedzą teraz twoją arapaimę, możesz być dumna.
  Powróciłam do nich wzrokiem. Nie tak dawno zapragnęłam zostać ich jeźdźcem i wzbić się na jednym z nich w przestworza tak wolna, jak one. Wirowały w powietrzu niczym małe wróbelki, opadały nisko, a zaraz potem trącały te pozostające wyżej.
  - Nora… - Matt zabrał głos. – Powiedz mi, jak wyglądały Stany zanim cię porwali? Tylko opisz to dokładnie. Chciałbym znów tam być…
  - Zobaczyć ojca – dokończył jego brat.
  Jakie były Stany? Znałam tylko Nowy Jork. Miasto takim, jakie było wobec klasy najniższej, żadnej. Nie wiedziałam od czego zacząć swoją opowieść.
   - Nie mam pojęcia, przykro mi – odrzekłam tylko.
   - Co masz przez to na myśli?
  Dotychczas odwlekłam swe pochodzenie w przepastne czeluści wspomnień. Udało mi się je zachować, chociaż gotowa byłam oddać Obcym wszystkie poza Nicholasem. Umysł teraz wiernie odtwarzał ulice przemierzane przeze mnie każdego dnia dwukrotnie, przed i po szkole, uśmiechnięte twarze mijanych ludzi i ich spojrzenia, gdy skręcałam ku slumsom. Slumsy, jedyny znany mi dom pełen dzieci podobnych do mnie – nie znających życia, nie posiadających żadnych perspektyw. Mieszkanie i unoszący się w nim kurz, ciasne pokoje oraz pałętający się od ściany do ściany rodzice. Na sam koniec zachował sobie obraz Nicka jego falujących brązowych włosów, czujnych oczu i szorstkich dłoni. Tylko to miałam na myśli, bo innego Nowego Jorku nie zdołałam poznać, ot. Nieliczne wspomnienia lubiłam pielęgnować, lecz w każdym z nich udział brał mój starszy brat.
  - Była zima, Matt, mroźna i brutalna dla ludzi, których znałam. Styczeń, doskonale pamiętam początek miesiąca, bo śnieżyce zagrodziły nam dostęp do szkół na dwa tygodnie wcześniej, a świeże powietrze i odrobina logiki były mi potrzebne do dalszego egzystowania znacznie bardziej niż czułość – musiałam wzdrygnąć się na dźwięk tego słowa – matki, czy woda z cukrem na dobranoc w święta. Przed szkołą widziałam uśmiech niesamowicie pięknej dziewczynki, małej i chudej, choć nadal urodziwej. Pomyślałam wtedy, że Obcy to potwory, tak bardzo zmienili ludzi; nikt nie zajął się tą dziewczynką, jestem pewna, że niedługo potem umarła. Słońce zaszło zanim opuściłam ukochane mury zmieniając ulice w areny walk, szczególnie dzielnice bliskie biednym, co wcale nie umiliło mi dnia, bo musiałam jeszcze pobiec ładnych kilka kilometrów do jednego ze złodziei. Miał dla mnie farbę do włosów, wiecie co to? Na pewno. Włosy sięgały mi wtedy do pasa, ale skróciłam je tego samego wieczora. Obeszłam miasto szybko, bo szczęśliwie dawne metro było jeszcze otwarte…
  Mike wykorzystał przerwę na oddech i westchnąwszy przeciągle poprawił rybę na swoim ramieniu. Moja opowieść chaotycznie zmierzała właśnie do wspomnienia podupadłych tuneli metra, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie takich słów oczekiwali.
  - Nowy Jork prezentuje się znacznie gorzej, niż myślałem – jęknął.
  - Twoi rodzice nie poradzili sobie, mylę się? – Matt skierował swoje myśli w innym kierunku i bez zastanowienia mogłam wtedy powiedzieć, że wolałabym jednak kontynuować rozmowę z młodszym bratem.
   Pokręciłam głową, bez zbędnego wnikania w szczegóły.
  - W porządku. Nasza matka też nie – kontynuował. Wzrok swój skierował gdzieś ponad wzgórze. – Utonęła w zamkniętym porcie, kiedy mieliśmy cztery lata. Ojciec wtedy nie potrafił żyć normalnie, ale w końcu zdał sobie sprawę, że został sam z dwójką dzieciaków i podjął pracę. Wymieniał okna tym, których było na to stać. Nie pamiętam życia w slumsach, ale skosztowaliśmy go, zapewniam.
  Ich historia. Usłyszałam ją od wyższego z braci, czego nie oczekiwałam. Rozumiałam łączącą ich więź, znałam podobną i słuchając słów Mattchew zazdrościłam im.
  Planowali powrót znacznie później niż przyszliśmy. Żałowałam, że Mattchew nie ciągnął dłużej rozmowy, bo chętnie chłonęłabym wszystko, co udało im się zapamiętać z poprzedniego życia. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu, które pozwoliło mi jeszcze kilka chwil beztrosko podziwiać urokliwy zachód słońca ponad wzgórzami. Chwilę staliśmy na jednym ze wzniesień, mogąc w ten sposób objąć spojrzeniem całą dolinę; pokazali mi wielkie kruki atakujące moją zdobycz z gracją i zawzięciem. Nie traciliśmy na kontemplację wiele czasu, a jednak zdołałam poczuć, że może potrafię być przydatna – chociażby moja rola ograniczała się do ułatwienia życia ptakom.
Przywitał mnie Brandon prawie uśmiechnięty.
Bracia pobiegli do mieszkania będącego kuchnią oraz spiżarnią, gdzie szybko uwolnili zdobycze z objęć mchu, zanim te przejęły jego gorzki zapach. Nie przydzielono mi zrobienia posiłku, na razie zatem do moich zadań należało jeszcze tylko oczyszczenie poletka wraz z Thomasem (co ani jego, ani mnie nie napawało entuzjazmem), ale odłożyłam ten obowiązek na później. Wcale nie chciałam pozostawiać całej roboty dla Toma, ale uznałam, że skoro Brandt koniecznie chciał porozmawiać na czwartym piętrze, poletko mogło poczekać.
W Białym Pokoju usiadłam na sofce i dopiero potem zerknęłam na rudowłosego.
  Brandon także usiadł, w fotelu. Pierwszy raz zignorowawszy skaleczenia jakich się nabawiłam, przyglądał mi się ze swym zwyczajowym uśmiechem.
  - Jak podobało ci się na rybach? – Zagadnął lekko. Czułam, że to wcale nie o rybach chciał rozmawiać i napawało mnie to lękiem. Nie odpowiedziałam od razu. Musiałam najpierw przeanalizować, czy na pewno mam ochotę brnąć w plany tego chłopaka, zbyt dużą był zagadką, abym mogła sądzić, że naprawdę interesują go moje przeżycia związane z czymś tak małoznacznym.
  - Nie mogę narzekać – odparłam spokojnie. – Michael i Mattchew są przyjemnym towarzystwem.
  - To trzeba przyznać, szczególnie Mike.
  Czarne oczy wciąż nieznośnie świdrowały niebieskie. Jakże można mieć oczy na tyle czarne, ażeby tęczówki wyczynem było odróżnić od źrenic, a i wyczyn ten był trudny nawet dla bystrego oka? Brandon takie właśnie posiadał. Ugięłam się pod tajemniczym wzrokiem chłopaka, bo sprawiał, że nachodziła mnie chęć opowiedzenia mu o wszystkim, co kiedykolwiek mnie trapiło.
  - Zabiłam arapaimę – przyznałam zatem niechętnie, całą uwagę skupiając na zabawie paznokciem kciuka.
  - Ach tak? W takim razie musisz być z siebie bardzo dumna!
  Jego wesoły okrzyk przywrócił mi nieco pewności siebie, którą jednak stłumiłam na myśl o wydarzeniach mających miejsce zaraz potem. I o naganie Matta zwierzyłam się mu, ale moje rozczarowanie brakiem sławy pośród Niedoskonałych wprawiło go jeszcze lepszy humor; o ile jego poprzedni nastrój w istocie był dobry.
  - Jeszcze dostaniesz swoją szansę, Noro, ale sława tutaj wcale nie jest przyjemna – skwitował. Powoli, acz nieuchronnie nadchodził moment zmiany tematu. – Jest coś o czym muszę ci powiedzieć.
  No proszę, cóż za zaskoczenie!
  - O czym chcesz mówić? – Zainteresowałam się wprawiającym mnie w lekkie przerażenie tonem jego głosu. Nie zapowiadał on niczego zabawnego.
  - O Śmietniku oczywiście, ale jeśli chcesz wiedzieć więcej – a zakładam, że tego właśnie chcesz – to chcę porozmawiać o humanoidach. Musimy trochę podrasować twoją wiedzę na ich temat, bo na razie nazywasz je jeszcze mianem „istot”.
  - Właśnie tak! – Rzuciłam ożywiona. – Rozmawiałam z tą istotą, która była tu ostatnio! Z resztą doskonale o tym wiesz…
  - Tak bardzo cieszy cię, że w ogóle zamieniłaś z tym kilka słów, a najwidoczniej zapomniałaś w jakim celu przylazł na poddasze – przerwał zirytowany.
  Potrząsnęłam głową. Ta rozmowa była bez sensu, jeżeli miałam znowu zostać skarcona. Za oknem mrok spowijał okolicę i tylko różowe niebo wskazywało, gdzie szukać zachodzącego słońca. Musiałam spieszyć się, o ile miałam w ogóle pomóc w polu.
  - Miał mnie zabić – wyszeptałam. Łzy zapragnęły teraz zebrać się w oczach bez zaproszenia, żeby następnie uzyskać wolność i płynąć po policzkach. Pamięć od nowa odtworzyła wydarzenia owej nocy, podczas której niemal udobruchałam włochate, mordercze stworzenie. Niemal, bo sztylety wbite w jego głowę uniemożliwiły nawiązanie jakiejkolwiek znajomości. Nie żałowałam tamtej rozmowy, ba! Odczuwałam respekt, szacunek do Istoty. Dlatego kolejne słowa Brandta wprawiły mnie w osłupienie:
  - Teraz ty staniesz przed zadaniem zabijania jego pobratymców.
  Ciężka cisza opanowała Biały Pokój tonący w ciemnościach nadchodzącego wieczora. Cisza trwająca wiele minut, bowiem czas przestał mieć znaczenie w tamtej chwili. Wystawiłam na szwank cierpliwość kronikarza dwunastki, jednakże kolejny raz zdała trudny egzamin; pozwolił mi w spokoju analizować jedno zdanie, aż dotarła do mnie jego powaga i prawdopodobne następstwa.
Brandon rejestrował każdą zmianę zachodzącą na mej twarzy, emocje, przewijające się przez nią bezustannie. Wreszcie zrozumiał, iż żadnej odpowiedzi nie uzyska i ponownie zabrał głos:
  - Niewiele nam o nich wiadomo. Pojawiają się znikąd zwykle do dwóch tygodni po zesłaniu tutaj. Zwyczajnie wychodzą z cienia w nocy, albo za dnia. Każdy z nich jest zupełnie inny i niepodobny do tych, które udało nam się poznać, a to sprawia, że tracimy czas na rozpoznanie ich słabych stron, tymczasem one mogą atakować nas od takowych począwszy.
  Był spięty i zdenerwowany mówiąc o Istotach. Nie sprawiało mu to przyjemności, ani nie przywodziło szacunku takiego, jaki mnie ogarniał na myśl o nich. Słuchałam uważnie, próbując jednocześnie sklecić jego opowieść ze słowami wypowiedzianymi przez stworzenie pamiętnej nocy.
  - Czasami atakują własnym ciałem, podobnie było w przypadku twojego, ale ostatnio zsyłają też roboty. Wyglądają, jak ludzie, mówią naszymi językami, jednak ich oczy zawsze pozostają pozbawione emocji, bezlitosne. Rozumiesz teraz, dlaczego nerwowo reagujemy na nowych. Roboty używają przeciw nam broni stworzonej niegdyś przez ludzi, atakują ogniem, kulami, łańcuchami, a nawet nożami. To znaczy, że są lepsi od nas. Wiele, wiele lepsi…  - Westchnął. Przez chwilę uciekł ode mnie myślami bez reszty zatracając się w sobie. Potem równie szybo jego spojrzenie na powrót było trzeźwe i gotowe do kontynuacji. – Czasami potrzeba kilka osób do zabicia tej poczwary, ale nawet wtedy wymaga to od nas obmyślenia strategii. Rozumiesz do czego zmierzam?
  Zaprzeczyłam. To nie czas na kłamstwa, mało rozumiałam.
  - Musisz nauczyć się walczyć, Noro, bo nie zawsze będą chciały z tobą rozmawiać. Tego tłumaczę faktem, iż był cząstką ciebie. Większość Istot – podkreślił ten wyraz z dezaprobatą – zaatakuje cię bez namysłu i szczególnie w takich chwilach powinnaś posiadać instynkt wojownika. Nastanie i mroczny czas na Śmietniku, zapewniam cię, że wtedy często nie będzie nikogo, kto mógłby cię obronić.
  - Tak, chyba masz rację! Mogę zacząć naukę od zaraz, czy ty będziesz moim nauczycielem? Chcę posiadać taki instynkt. Chcę być niezależna!
  Ochoczo wstałam z sofki gotowa na trening, jaki miał mi zaserwować. Nie do końca przekonały mnie jego słowa o Istotach, umysł jednak podpowiadał mi, że roboty są zupełnie inną rasą tych stworzeń. On zatrzymał mnie natomiast rozczarowany.
  - Naprawdę uważasz, że instynkt wojownika jest kwestią nauki?
  Nie rozumiałam.
  - To stan umysłu! Nawet jeśli spędzisz tygodnie na ćwiczeniach fizycznych nie będziesz wiedziała, czy w chwili walki nie sparaliżuje cię strach, albo panika. Z resztą nieważne, to teraz nieistotne, na początek czeka cię kilka wyzwań i jestem pewien, że będzie całe mnóstwo pomysłów jakie mogłyby być.
  Ostatnie słowa przywróciły uśmiech na jego ustach, we mnie natomiast ostudziły zapał. Zwiesiłam ramiona, niczym rekrut lata temu, gdy ludzie sami dla siebie byli zagrożeniem.
  - Odmaszerować!
  Brandt nie stracił radości, wołając to polecenie i odniosłam nawet wrażenie, że chyba czytał w moich myślach. 

*** 
Chciałam tekst od siebie wrzucać mniejszą czcionką, ale mam Wam trochę do powiedzenia.
(Piosenka zupełnie nie pasuje do rozdziału, ale jakoś tak lubię ją)
No więc zgłosiłam się do ocenialni i teraz dopiero zaczyna mnie przerażać, co też wyczytam o swoim blogu. Zwykle dodawałam bardzo krótkie urywki rozdziałów, poza tym byłam maszyną sypiącą przecinkami (a może nadal jestem?). Wróciłam dzisiaj do poprzednich rozdziałów i zauważyłam, że chyba rzeczywiście to, co piszę z czasem nabiera innego wyrazu - zmienia się. 
Chciałabym usunąć charakterystykę postaci w zakładce, ponieważ po namyśle uznałam, że znacznie lepiej poznacie bohaterów podążając za kolejnymi rozdziałami. Sugestie co do wyglądu pozostawię, opis usunę, gdy tylko ocenia ujrzy światło dzienne.
No, zwierzyłam Wam się :) 
PS Przypominam o zmianie w SPAMie. 
PPS Tekst w ogóle nie jest sprawdzony, więc bardzo przepraszam za błędy! 

Rozdział Jedenasty



'Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga,
 póki nie stanie u celu' 

-  Legolas


Palcem wyczułam zmianę w księgach. Dotykał skórzanej oprawy i choć nie mogłam przeczytać tytułu, przepełniła mnie pewność co do właściwości wyboru. Uniosłam ją, po czym cicho ruszyłam w stronę okna. Korzystając z księżycowego blasku dojrzałam słowa na pierwszej stronie. Blase. Kilka kartek dalej litery były napisane niezwykle starannie i równo, ponadto były też duże – jakby stanowiły mniej ważną treść, możliwą do odczytania dla intruza, którym byłam.
  Wydarzyło się to pochmurnego dnia, jakby dla potwierdzenia reguły, chociaż możliwe pogoda nie ma nic wspólnego z zsyłaniem. Wedle kalendarza stworzonego przeze mnie na podstawie notesu Nathaniela dzień ów był dziesiątym października. Tego dnia spodziewaliśmy się robota, toteż zachowanie moich towarzyszy tłumaczę jako prawidłowe. 
Zbieractwem zajmował się Guillaume wraz z nowicjuszem Adrianem, a jednak obserwowano każdy ich ruch z podwójnym zawzięciem, więc gdy ujrzeliśmy nagiego chłopca dążącego leśną ścieżką z rozbieganym spojrzeniem przypisano mu jedno tylko pochodzenie. Troje z towarzyszy napadło na niego, ażeby bez ostrzeżenia zadać decydujący cios, ciszę jednak przerwał przerażający wrzask w odległej części lasu znacznie lepiej znany nam, niż jego reakcja na cios. Natychmiast opatrzyłem jego rany, szczęśliwie obrażenia były niewielkie (a ograniczyły się jedynie do niewielkiego noża wbitego w stopę chłopca). Zrezygnowawszy z dalszego śledzenia losów moich kompanów zabrałem go do Białego Pokoju razem z Guillaume, by tam natychmiast przeprowadzić z nim rozmowę.
Chłopak o śniadej cerze, czarnych włosach i ciemnych brązowych oczach (dłuższy opis chłopaka byłby zbędny zważywszy na fakt, iż został on jedynym ciemnoskórym Niedoskonałym) był skory do wyjaśnień, choć oszołomiony, jego wypowiedzi brzmiały sensownie zatem postanowiliśmy uwierzyć w jego wersję oraz zaakceptować obecność kolejnej istoty w szczupłym gronie. Pochodzi on z Wielkiej Brytanii ponadto wychował się w mieście Bournemouth z na poły zdrową rodziną. Tłumacząc te słowa rzekł, iż matka jego poradziła sobie z brakiem wspomnień, więc uciekła on ogłupiałego ojca.
  Z każdym słowem zagłębiałam się w lekturze mocniej, urywanym oddechem zakłócając ciszę, przy czym nadal wsłuchiwałam się w odgłosy spoza mieszkania Brandona. Najmniejsze skrzypienie schodów doprowadzało mnie do pasji, ponieważ zaraz zamykałam księgę i gotowa byłam wyruszyć w noc przez okno.
  Smagłą cerę dziedziczył on po matce. Troje jego rodzeństwa zginęło  każde inaczej, czwarte z nich nie przyszło na świat w ogóle – odebrała je zaraza zbierająca w tych porach krwawy plon w całej Anglii. Sam nie zauważył u siebie żadnych oznak mutacji, jednakże ostatnie wspomnienia zachował u siebie jako piętnastolatek zaś gdy podał datę tkwiącą mu w pamięci z przerażeniem stwierdziliśmy, że to aż dwa lata wstecz zatem przetrzymali go bardzo długo i musieliśmy zająć chłopaka czymkolwiek ze względu na ogarniające go przerażenie związane z losem rodzicielki.
  Więcej o Blase nie potrzebowałam wiedzieć, chociaż chętnie czytałabym dłużej. Naglił mnie czas, księga ta dalej była swoiście zaszyfrowana – wszystkie wpisy poprzedzane były ośmioma cyframi, ułożonymi chaotycznie, pismo z każdą notatką równie staranne jednakże język ich przeplatał angielski z jakimś innym, którego nie znałam, a litery w owych trudnych wyrazach ułożone były w sposób zupełnie do siebie nie pasujący, tworząc wyrazy dziwne ponadto trudne do wymówienia. Domyśliłam się, iż Guillaume to William, chociaż imię to zapisane zostało niezwykle dziwnie zważywszy na fakt, że wypowiadałam je „Gijum” podobnie z resztą robił to Brandt.
  Wróciłam po kolejną księgę i powtórzyłam swoje czyny. Tym razem natrafiłam na imię Diego nie należące do żadnego z Niedoskonałych. Jego historia w całości napisana została w obcym mi języku, co uniemożliwiło mi analizowanie, jej zwróciłam tylko uwagę na pismo złudnie podobne do notatek Brandona, z tą różnicą, że te podpisano Nathaniel. Miałam właśnie zamienić ją na kolejne imię i kolejną opowieść, ale postąpiłam inaczej. Schody skrzypiały od dłuższej chwili, co wytłumaczyłam powrotem wszystkich, lecz teraz brzmiało to znacznie dłużej. Ktoś szedł odprowadzić Brandta, albo sprawdzić czy jestem u siebie. Żadna z tych dwóch możliwości nie była dla mnie komfortowa w tej sytuacji. Mogłam uciec tylko w jeden sposób, kolejny raz zawierzyć życie swoim wątpliwym umiejętnościom.
Cicho, acz możliwie najszybciej skoczyłam na liść przy balkoniku właściciela mieszkanka, by potem niezdarnym ruchem skoczyć wyżej i w końcu wylądować na dachu. W tym samym momencie głośno odezwały się drzwi poddasza. Za późno.
  Usiadłam na daszku, wyciszyłam myśli i oddech. Moje spojrzenie, nieobecne, utkwiło w drzewach gdzieś daleko. Postanowiłam zaatakować, jeszcze zanim oni zdołają zarzucić mi cokolwiek.
Ich kroki były trudne do rozpoznania, przestałam na nie zważać niemal natychmiast.
  - Nora?
  Imię, zarazem pytanie, a poniekąd także oskarżenie. Twardo brzmiące, ostrożnie wypowiedziane słowo, które Nicholas niegdyś wypowiadał w sposób równie pewien, mimo to zupełnie inaczej – otaczał je ciepłem, jak również troską. Nick, gdzie jesteś?
Odwróciłam się w idealnej chwili, kiedy akurat Mike, Matt i Brandon prawie synchronicznie wystawili głowy przez okno.
 - Sprawdzacie mnie? – Rozpoczęłam atak, a zmroziwszy ich spojrzeniem wstałam i podparłam się pod boki.
 - Nie… To nie… – Mike miękkim tonem skwitował mój wzrok, jednocześnie próbując wymigać się od tego, co właśnie robili.
  - Tak – w tym samym czasie rzekł Mattchew.
  - I do czego doszliście?
  - Chciałaś iść spać – rzucił Brandt.
  - Nie mogłam zasnąć – odparłam. – Wciąż mi nie ufacie?
  - Właśnie próbujemy. Mike i Matt zabiorą cię jutro na ryby.
  Skinęłam głową. Zrozumiałam, to dobry dowód.
Ruszyłam niepewnym krokiem w stronę okienka, delikatnie ich wypraszając i ciesząc się, że najwyraźniej jeszcze nie rozszyfrowali mojej „zbrodni”, którą postanowiłam ponawiać kiedy tylko będzie ku temu okazja. Blase nie był kimś, kto by spędzał ze mną znaczącą ilość czasu, ale informacje na jego temat wydały mi się naprawdę ciekawe i mogły być przydatne w przyszłości. Podkradanie zbieranych przez Brandona i Nathaniela wiadomości było moim zdaniem czynem właściwym, nie widziałam w tym nic złego, a w przyszłości gdyby jawiła się taka potrzeba mogłabym wykorzystać to przeciw nim, bo o mnie wiedzieli bardzo mało.
  Wskoczyłam na materac w miarę zwinnie, z czego byłam bardzo dumna, po czym zrzuciłam z siebie ubrania i otuliłam kocem. Miałam ochotę chichotać złowieszczo taka byłam zadowolona ze świeżego jeszcze pomysłu, pewnie uwolniłabym tę głupią radość mając pewność, że wyszli, nie usłyszałam jednak trzasku drzwi.
  Przestałam przejmować się ich nieufnością, gdy tylko zmorzył mnie sen. Następny dzień brzmiał obiecująco, zaś towarzystwo Mike’a i – ewentualnie – jego brata było miłą perspektywą. Polubiłam ich. Michael może nieco irytujący ze swoją przesadną troskliwością był mimo to wspaniałym przyjacielem wobec każdego mieszkańca nawet mnie. Zawsze zachowywał się uprzejmie, pozwalał rozmawiać ze sobą, lecz nie przeszkadzała mu cisza miłowana przez bliźniaka. Matt z kolei, chociaż przypisuje mu się rolę cienia był równie ciekawym rozmówcą – jego wypowiedzi były po prostu bardziej zwięzłe. Nie byłam ich przyjaciółką, dla sprostowania moich poprzednich słów, po prostu uważałam godziny spędzane z nimi za wcale przydatne. No cóż, nie byli Leilą.

  - Nie powinnaś opuszczać swojej wędki, Nora – Michael zwrócił mi uwagę ostrożnym tonem. Położyłam się na sporej wielkości głazie, czując gorące promienie na całym ciele; tak piękna była pogoda. Wędka zarzucona haczykiem w kierunku przeciwnego brzegu nie wzbudzała zainteresowania w żadnej choćby najmniejszej rybce, toteż postanowiłam wylegiwać się do znudzenia na owym przepięknym, gładkim kamieniu.
  - Kiedy kompletnie nic nie bierze.
  Moja skarga wypłynęła z ust zaspanym tonem. Nie byłam skrępowana: jakbyśmy znali się od zawsze. To głupota zważywszy na relacje łączące nas naprawdę.
  - Spodziewałaś się, że ryby same wskoczą ci do sieci?
  - Raczej, że haczyk ma magiczną moc uwodzenia wodnych stworzeń – odrzekłam poważnie. W tym samym czasie spojrzeniem zmroziłam Matta, który wyciągał właśnie trzecią już rybę sięgającą mu pasa, podczas gdy moje zdobycze mieściły się w dłoni. Zastanawiało mnie jakim cudem wciągał owe wielkie ryby na brzeg bez pomocy brata, nawet się przy tym nie pocąc.
  Mike roześmiał się niewzruszony postawą nowicjuszki.
  - Nie liczyłbym na to. Chodź no tutaj! Szybko! – Jego wędka poczęła wyginać się coraz mocniej, wydając przy tym irytujące trzaski. Na złamanie karku popędziłam ku niemu gotowa nieść swą pomoc, choć szczerze powiedziawszy nie byłam doświadczoną rybaczką. Tuż obok chłopaka przystanęłam, zaś moje zdezorientowane spojrzenie spoczęło tym razem na wzburzonej wodzie i na ogonie bijącym ją wściekle. Był duży, ciemnoszary i przepełniła mnie pewność, że należał do tego stwora, który to nie miał w planach zostać kolacją. Obgryzłam nerwowo paznokieć kciuka.
  - Nora! Trzymaj wędkę, słyszysz? Mocno, taka ryba nie może nam uciec. Dawno nie nadziała mi się taka sztuka… Mattchew! Dzisiaj przegrasz! Nora, gdzie ty się podziewasz?! Nora!

***
Po namyśle rozdział ten został jedenastym, chociaż właściwie podzielić go powinnam dopiero w połowie. Krótki, nie jestem z niego specjalnie zadowolona, ale pojawiły się informacje na temat jednego z bohaterów. :)
Zmieniam nieco zakładkę 'SPAM i powiadomienia' . Odstępuję od informowania, zachęcam jednak do obserwowania bloga :) Poza tym, jako że zakładka ta cieszy się popularnością *haha* zmieniam również zasady. 


Rozdział Dziesiąty cz. II


"Maybe we'll turn it around
'Cause it's not too late"

- Never too late, 
Three Days Grace

  Słońce piekło, jakby uwzięło się akurat na jedyną sporej wielkości polanę w tym dzikim lesie. Chłodny cień widoczny stąd bezgłośnie prosił, by się w nim znaleźć i leniwie przeczekać upał dnia. Lato tego roku było wyjątkowo upalne nie licząc kilku ulewnych deszczy, które jednak szybko parowały toteż Ian odnosił wrażenie, jakby w ogóle ich nie było.
  Jego dzień, środa. Musiał wstać razem z pierwszymi słonecznymi promieniami i udać się na poletko, które jakimś cudem przez dwa dni zdołało zarosnąć ogromnej wielkości pokrzywami. Rwał je teraz gołymi rękami, klnąc siarczyście za każdym razem, kiedy go któraś poparzyła. Obok niego z tym samym zadaniem zmagał się Risto, on jednak zdawał się nie czuć ich nieprzyjemnego dotyku, bowiem bez słowa palił kolejne papierosy i odrzucał chwasty na bok. Wiedział też, że w trawie wylegiwała się Leila, chociaż teraz nie mógł jej dostrzec i z resztą wcale nawet nie próbował.
  - William wczoraj nawet nie podniósł głosu na Norę – uśmiechnął się Risto. Niedopałek w jego ustach wyglądał, jakby zaraz miał wypaść, co zirytowało chłopaka. W taką pogodę pożar bynajmniej nie był im do niczego potrzebny. Fin otarł czoło i zerknął na towarzysza.
  Ian wiedział, że Will zachował się wobec Nowej wyjątkowo łagodnie. Nie podniósł głosu, ale też nie zbliżył się do niej na tyle, na ile oczekiwał tego Brandt i Mike. To trochę przerażało go, że myślał nad tym pół nocy i przerażała go też narastająca w nim zazdrość, kiedy słuchał planów Brandona wobec niej.
  - Risto, czy mógłbyś do jasnej cholery uważać na tego papierosa?!
  Uśmiech Fina był teraz szerszy. Przyłożył do czoła rękę i uważnie śledził poczynania Iana, który nagle pełen wigoru walczył z pokrzywami, jakby były groźnym humanoidem. Zgniótł peta w piasku, a potem zachichotał na widok zaspanej chudej postaci zmierzającej w ich kierunku. Pozwolił sobie nie informować nikogo o jej obecności, co uznał za bardzo zabawne i sam też udawał bardzo zapracowanego, mrugając do niej tylko kątem oka.
  - Z resztą – warknął Ian siłując się z kolejnym chwastem. – Nie rozumiem, po co zaczynasz temat. Wszyscy wczoraj słyszeli jak to było.
  - Cześć Nora.
  Ian odwrócił wzrok i kiedy zobaczył zakłopotaną dziewczynę, uśmiechającą się jakby ze zdziwieniem (chociaż przeczyło temu jej śmiałe niebieskie spojrzenie) odrzucił na bok parzącą roślinę i nagle poczuł, że brakuje mu koszulki. Czuł na sobie wzrok dziewczyny i krępował go na tyle, aby odrzucił wszystko w celu znalezienia bluzki.
  - Cześć Nowa – ubrany był wiele pewniejszy swoich słów.
  - Cześć.
  Ręce Nory i jej nogi były w czerwone paski. Na udzie zawiązany miała gruby bandaż, ponieważ rana była głęboka, a z tego co pamiętał rana ta nie mogła mierzyć się nawet z wielką szramą na plecach.
Gdzieś daleko Ian usłyszał hałas. Wrzask zwierzęcia padającego od ciosu i po chwili zdolny był nawet określić cóż to za zwierzę, albo kto je upolował, ale zamiast tego całą uwagę skupił na ponownym wyrywaniu pokrzyw.
  - Chciałabym coś zjeść – powiedziała Nowa. – Ale…
  - Jeżeli jesteś głodna to powinnaś chyba coś sobie zrobić, tak? Liczysz, że będziemy męczyć się całe wieki tylko po to, żebyś mogła coś zjeść?! Nie licz na to! Weź się do roboty, dziewczyno, zamiast uciekać nie wiadomo po co. Albo dla odmiany zamiast gadać z potworami może spróbuj któregoś przyrządzić?
  Leila. Zupełnie zapomnieli o jej obecności w pobliżu,  co pewnie bardzo jej odpowiadało, bowiem mogła przysłuchiwać się rozmowom i wtrącić coś od siebie w odpowiednim momencie. Oczywiście wybrała najgorszy z możliwych, chociaż za nic w świecie by tego nie przyznała. Siedziała w trawie ubrana w białą, zwiewną sukienkę i mierzyła Norę wrogim spojrzeniem, wzdychając przy tym przesadnie. Ich też spiorunowała wzrokiem.
  - Ale nie wiem, czy mogę, bo dotychczas kazaliście mi zbierać tylko zioła…
  Nora nie ustąpiła spojrzeniem blondynce. Ta natomiast spiorunowała spojrzeniem wszystkich troje, następnie tupiąc wściekle ruszyła w kierunku kamienicy jednocześnie złość opuszczała ją, zaś w jej miejsce jawiły się nowe plany na ten dzień.
  Leila nie umiała długo się gniewać, chociaż wyglądała na rozpieszczoną i zawsze upartą, bo uparta owszem, była oraz nieustępliwa w swym zdaniu; zawsze uważała, iż słuszność jest po jej stronie toteż nawet kiedy brakowało jej słów nie potrafiła ustąpić kończąc dyskusję w ten właśnie sposób – tupnięciem nogi. Pewnie byłaby sama przyklasnęła Nowej za nieustępliwość, gdyby nie duma i – co nie pozostawiało pytań – gdzieś głęboko w sobie zapewne gotowa była uznać dziewczynę za rywalkę godną uwagi.
Odwróciwszy jeszcze głowę spostrzegła nadciągającego Thomasa oraz Tetsu siłujących się z ciężkim odyńcem.
  - Dzisiaj ci się upiecze – rzuciła przez ramię tonem sobie podobnym, niby jadowitym choć poniekąd jakby uśmiechniętym, jeżeli można tak określić ton rozmówcy. – Ale jeszcze z tobą nie skończyłam. Już ja ci wymyślę jakieś zajęcie, mała dziewucho.
   Ostatnie słowa słyszalne tylko dla jej ucha brzmiały niewiarygodnie wręcz złowieszczo.
   Ian w myślach gotów był klasnąć swoim umiejętnościom, na widok zbliżających się postaci. Trafnie ocenił kto poluje, polegając na swym słuchu i znajomości ruchów dwunastki.
  - Ian, Risto! – Zawołał Thomas, a jego nieufne spojrzenie spoczęło przez moment na uciekinierce. Upewniwszy samego siebie, że tylko stoi (bo pewnie spodziewał się jakichś cichych konspiracji przeciw niemu) wskazał dłonią łup. – Sam tego nie przeniosę. Tetsu puśćże to! W ogóle mi nie pomagasz!
  Azjata posłusznie przestał trzymać zwierzę, zebrał tylko nieususzone słońcem pokrzywy i powiedział:
  - Nie wiem, czy to któremuś odpowiada, czy nie, ale do mięsa skombinuję sos i herbatę.
  Wzruszyli ramionami. Głupotą byłoby marnować tyle rośliny, która sama tak chętnie obrastała ich pole. Mogli w zamian za ogromną liczbę odcisków wypić herbatę, całkiem sporą jej ilość.
  Mięso gotowe do zjedzenia miało być dopiero kilka godzin później, więc z braku lepszych zajęć Nora ochoczo przystała na propozycję pracy w polu wraz z nimi. Risto śmiał się głośno, ilekroć słyszał symfonie wygrywane przez jej brzuch, co ją irytowało z kolei i przysparzało wielkich różowych plam na policzkach. Ian ignorował ich umyślnie, a później odszedł szybko po wykonanej pracy, bez słowa wyjaśnienia.
Spoceni, acz zadowoleni z wysiłku tuż po zapadnięciu zmroku dołączyli do ogniska z drugiej strony kamienicy.
Zaciszne miejsce, osłonięte z dwóch stron ścianami budynku od wschodniej zaś lasem nie dopuszczało do ognia wiatru, im natomiast oszczędziło chłodu wieczora i Nora w spokoju mogła poznać – stłumioną co prawda, z nieznanych jej przyczyn – radosną zabawę.

* * *

  Nie mogłam zrozumieć, dlaczego na mój widok reagowali neutralnie, a nawet z dziwną wesołością, jakby zapomnieli o wszystkich złych wydarzeniach, których byłam świadkiem bądź przyczyną. Żadnego wyrzutu nie dojrzałam w głosie zarówno Risto, jak i Ian’a chociaż ten drugi ucichł szybko i udawał, że wcale nie ma nas obok. Zignorowałam go również, wiedziona potrzebą zajęcia czymś głodnych myśli nie rozmawiałam nawet z wesołym palaczem.
  Wypaliłam trzy papierosy, nadal przy każdym wściekle kaszląc ku uciesze Risto, nim Brandt zawołał nas w drugą stronę kamienicy. Zanim wybraliśmy się tam zmuszono nas wynieść chwasty do lasu, ale uczyniłam to z radością, bowiem kiedy tylko zostałam sama z Risto zaintonował kilka piosenek tak przy tym fałszując, że nawet nie zwróciłam uwagi na kompletny brak znajomości tekstów.
Ognisko nad którym obracano kolację było niewielkie na szczęście – pogoda dostarczyła nam dostatecznego ciepła dodatkowe jego źródło było absolutnie zbędne. Usiadłam nieco z tyłu, na pieńku tuż obok Thomasa, który akurat rysował coś bardzo dziwnego na kawałku płótna i bezskutecznie próbując uciszyć swój brzuch wpatrywałam się w błyszczące, brązowe mięso. Nigdy nie jadłam dziczyzny, raz w życiu udało mi się zjeść wieprzowinę, zwierzęta były zbyt wysoko cenionym towarem, żeby ludzie z niższych sfer mogli delektować się ich smakiem. Ciągle pamiętam ten sycący i suchy smak…
  Ian ubrany teraz w dużą bordową bluzę grał na instrumencie, którego nie znałam, ale dźwięk jego sprawiał, że moja stopa poczęła wybijać rytm melodii, na ustach zaś zagościł uśmiech. Chłopak wygrywał jedną z tych piosenek jakie udało mi się usłyszeć dzięki Risto.
Pomiędzy kolejnymi dźwiękami ognisko rozrosło się, a mięso podane zostało dla każdego kto miał na nie ochotę. Zjadłam trzy porcje pysznego i soczystego udźca, popijając to herbatą z pokrzyw, a najadłam się do tego stopnia, że kompletnie nie miałam sił wstać. Kiedy pozostali również zaspokoili swoje żołądki melodia znowu zabrzmiała tym razem jeszcze weselsza, wzbogacona o miękki ton muzyka i głośne tupanie chłopaków. Ich taniec wokół ogniska przypominał mi grecką zorbę, chociaż nieporadną w wykonaniu, ponieważ co chwila ktoś wywoływał głośne jęki i towarzyszące im salwy śmiechu depcząc stopy towarzyszowi.

Może jestem innym gatunkiem
Może uraczę się tańszym trunkiem
Może tańczę gorzej od greka
Może umrę od ciosu orzecha

Może mój ojciec nie był lekarzem
Może nie mam domu na plaży
Może czasem gubię melodię
Może kradnę, może nie śpię

Może w nocy krzyczę we śnie
Swej rodziny nie pamiętam
Swojej żony wolę nie znać
Ja tej nocy tańczę z tobą
Jestem równą ci osobą

  Piosenka znana mi dobrze płynęła po kolei od każdego z nich. Od czasu do czasu w opuszczonych budynkach ludzie organizowali sobie potańcówki, aby wypełnić kolorami szarą rzeczywistość. Początkowo imprezy te były zamknięte dla slumsów później jednak w ramach buntu odśpiewano tą piosenkę tuż przy wejściu. Wraz z kolejnymi jej słowami porywano w tany coraz to więcej osób, aż wreszcie trudno było odróżnić biednych od reszty uczestników. Było to przed laty, jednak od tamtej pory każdą potańcówkę otwiera i zamyka ta właśnie piosenka. Jest niemal hymnem, który mimo niegdysiejszego buntu teraz przywoływał uśmiech swoimi słowami.
  - Madame? – Przed sobą ujrzałam wyciągniętą rękę Franka oraz jej uśmiechniętego właściciela i zrozumiałam to jako zaproszenie. Wstałam zatem, by następnie zatracić się w dzikich melodiach.
  Pół godziny później czułam się niemalże jedną z nich. Najedzona, zmęczona i uśmiechnięta ja. Potrafili urządzić sobie zabawę godną bogaczy. Odnotowałam w pamięci, żeby w jakiś sposób dowiedzieć się skąd pochodzą.
Wtedy też zrodził się w mojej głowie pomysł.
Wstałam i podziękowałam za zabawę oraz posiłek. Swoje wyjście wytłumaczyłam zmęczeniem, a także wzmagającym bólem pleców następnie powolnym krokiem ruszyłam w stronę kamienicy. Gdy tylko byłam pewna, że nikt nie może dostrzec mnie w cieniu moje tempo momentalnie wzrosło. Schody pokonałam z nowym rekordem prędkości, wystarczyła krótka chwila na otwarcie drzwi mieszkania-biblioteki. Problemem stał się kompletny brak światła, ale walczyłam z nim dwa tygodnie toteż po omacku umiałam już dojść do Białego Pokoju tak samo ciemnego, jak pozostałe. Nie chciałam dać się przyłapać z tym pomysłem, ponieważ to jedyna możliwość na uzyskanie prawdziwych informacji o kimkolwiek. O nich. I być może o mnie. Wierzyłam w napisane słowa, bo nikt ich nie podważał ani nawet nie próbowali ich czytać. Wszystko było dziełem Brandona.

* * * 

Starałam się, żeby ten rozdział był nieco dłuższy, ale nie wiem co z tego wyszło. Urwałam znowu tak, że kolejny rozdział (tudzież część tego rozdziału) rozpocznie się nieciekawie, ale gdybym wkleiła więcej byłoby aż za długo. Jak widzicie narracja jednak pozostała w czasie przeszłym, a to ze względu na przyszłe wydarzenia związane z Norą, do których będę potrzebowała teraźniejszej. Zapanuje tutaj - jak to ujęła Emily - śmietnik :) 
*Nie czekałam z dodaniem tego na nowy szablon, którego jednak wyczekuję strasznie niecierpliwie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ten obecny nic sobą nie reprezentuje :) 
** Tłumaczenie piosenki, z której pochodzi cytat rozpoczynający rozdział, a zatem również jej skrawek znajduje się w tekście pod Czytelnikami, w tytule bloga, a także prześladuje mnie podczas pisania tej historii. 

Rozdział Dziesiąty



- Uciekłaś.
  Cichy głos Willa zakłócił trwającą od dłuższej chwili ciszę.
Biały Pokój oświetlony tylko jedną lampą naftową sprawiał wrażenie nieprzytulnego szczególnie teraz, kiedy ton Guillaume wzmagał we mnie poczucie winy. Wiedziałam już, że ucieczka była złym pomysłem. Ciągle czułam liczne rany, jakich nabawiłam się przez upadek i które opatrzyli mi Brandon i Tetsu. Mimowolnie pogładziłam kolano, nie żałując jednak swoich czynów. Odkryłam coś, czego nie doświadczyłam nigdy wcześniej; wspaniałe uczucie trwania, wyzwalające na nowo chęć życia i bojowe nastawienie przeciw Niedoskonałym. Postanowiwszy udowodnić im jak wartościową jestem osobą utwierdziłam też w sobie przekonanie, ażeby już nigdy nie pozwolić im traktować mnie, jak kogoś mało wartościowego, a moje człowieczeństwo i pięta achillesowa zostało tematem tabu, ponieważ nie potrafiłam osądzić w jakim stopniu poddano mnie mutacji. Przez całą drogę Ian i Frank traktowali mnie tak, jak przed feralnym wydarzeniem ostatnich dni i pozwolili rozmawiać ze sobą normalnie, dodając czasem nawet mały żart czy odrobinę ironii.
Moją ucieczkę przemilczeli, co mnie uradowało ale nie zmieniło bojowego nastawienia, które po prostu ustąpiło bólowi i narastającej panice związanej z konsekwencjami.
  - Tak – odpowiedziałam tylko, kierując wzrok wprost w zielone oczy chłopaka.
Patrzyliśmy tak chwilę, oboje bez zamiaru ustąpienia. William przymrużył powieki i teraz jeszcze bardziej kocie spojrzenie taksowało mnie na wylot. Chciał wymusić wyjaśnienia, pozostali także próbowali, ale stałam się odporniejsza na ich dzikie spojrzenia, dlatego nawet głęboka zieleń wzroku ich niby dowódcy nie wytrąciła mnie ze skupienia i powagi, w której chciałam dotrzeć do końca tej rozmowy.
  - Zmieniłaś się – dodał.
  - Tak.
Uśmiechnął się lekko, a jego oczy przybrały kolor jasnej zieleni. Albo tylko odniosłam takie wrażenie, w rzeczywistości kiedy tylko uśmiech zmienił jego twarz odwrócił się ode mnie i wolnym krokiem ruszył w stronę stosów książek.
  - Chcą, żebym zrobił ci jakieś kazanie, bo stwierdzili, że nadaję się do tego najlepiej.
Wypowiedział to tonem znudzonym, przybrawszy zupełnie inną pozę niż zwykle. Zmienił się nagle w zmęczonego chłopaka, zupełnie normalnego – widziałam takich w Nowym Jorku – i kiedy znużony przeczesywał swoje czarne włosy ujrzałam w nim więcej pytań niźli mnie dręczyło od czasu przybycia w to miejsce.
  - Dlaczego?
  - Nie wiem. Chyba motywuje ich ku temu moje wątpliwe pochodzenie. Jestem tu najdłużej, więc wszystkie trudne decyzje zostawiają mnie. – Odpowiedział, uważnie śledząc pająka łażącego po ścianie.
  - Dlaczego kazanie? – Sprostowałam swoje pytanie, chociaż jego słowa zrodziły w głowie kolejne. – Dlaczego nie zamkniecie mnie w klatce? Dlaczego nie wychłostacie, albo zawołacie tu jakiegoś drapieżnego stworzenia, żeby zrobił sobie ze mną co tylko będzie chciał?
  - Co do…?
  - Adrian to zasugerował – wyjaśniłam.
  - No cóż, pewnie znalazłoby się kilku entuzjastów takiego rozwiązania.
  Wzruszyłam ramionami. Było mi wszystko jedno. Adrian wymyślał metody pozbycia się mnie coraz bardziej zafascynowany ich brutalnym brzmieniem dopóty dopóki Ian nie uciszył go wściekłym warknięciem. Na pocieszenie dał mi dwa papierosy i pchnął w stronę schodów, zapomniał jednak o zapałkach toteż zgniecione wylądowały w kieszeni spodni.
  - Nora, czy ty naprawdę masz nas za podłych i bezdusznych?
  Powróciłam spojrzeniem do Willa. Ubrany w czarny golf i ciemne jeansy był niemal tylko cieniem o jasnym spojrzeniu. Dopasowany materiał uwidaczniał jego budowę, ładnie zarysowane mięśnie ramion drgały z każdym ruchem i przyszło mi na myśl, że rzeczywiście różni się od Niedoskonałych, chociaż nie potrafiłabym sprecyzować z jakiego powodu tak sądzę patrząc akurat na jego ramiona.
  Kolejny raz wzruszyłam ramionami.
  - Boli cię, że naruszamy twoje człowieczeństwo, ale jeszcze nie znasz tego miejsca. Nie możemy ufać przybyszom… Właściwie nie mam zamiaru ci o tym opowiadać. – Zgniótł małego pająka, zostawiając na ścianie plamkę krwi i ruszające się jeszcze ciałko. – Przekonasz się.
  - Nie wiem, czy chcę się przekonywać – odrzekłam i uniosłam wysoko brodę.
  Znowu zapanowała cisza. Postanowiłam nie uciekać od niej, pozwolić jej zawisnąć i dokończyć tę rozmowę, chociaż Guillaume zaplanował inny obrót spraw.
  - Poza tym, myślisz, że na twoim ciele jest jeszcze miejsce, które warto chłostać? Jesteś cała poharatana. Ta ucieczka przysporzyła ci tylko niepotrzebnych blizn.
  Miałam ochotę wyjść, pójść na poddasze i przespać kilka dni, albo po prostu wypłakać cały swój ból w poduszkę. Zaśmiał się.
  - Chcą, żebym karał cię, chociaż większość z nich zrobiła to samo jeszcze szybciej niż ty.
  Otworzyłam szeroko oczy słysząc to. Uciekali.
  - Każdy… uciekł?
  - Leila, Brandon, Mike i Matt nie uciekli. Zdziwiona? – Uśmiechnął się.
  - Tak. Tak bardzo! Dlaczego w takim razie chcą, żebym tego żałowała?
  Guillaume poruszał się wraz  z cieniem, nawet nie zauważyłam kiedy znalazł się przy mnie. Na wpół pochylony wyciągnął ku mnie rękę i złapałam ją bez wahania, chociaż siedziałam na sofie i nie miałam pojęcia po co chciałby, żebym wstała. On jednak nie pociągnął jej, a tylko przyjrzał się uważnie. Jego ręka była ciepła, spodobał mi się ten szorstki dotyk, przymknęłam oczy czując jakby ulgę, zapomniałam też że piecze mnie każde zadrapanie.
  - Może – zaczął cicho. – Może wcale nie chcą.
  Nie zrozumiałam co miał na myśli. Zastanawiałam się nad sensem tych wydarzeń podczas gdy William puścił moją dłoń i usiadł obok, a do mnie na nowo powróciła senność.
Cisza na powrót zawładnęła Białym Pokojem. Oboje trawiliśmy w spokoju to, co powiedział każde na swój sposób interpretując cztery słowa.
Nie mogłam wpaść na pomysł, jakimi celami kierowała się dwunastka.
  - Chyba chce mi się spać – powiedziałam niechętnie, rezygnując z dalszych rozmyślań.
  - To idź.
  Wyszłam chwiejnym krokiem w ciemność korytarza nieco zdziwiona, że nikt nie czeka tam ze swoim wściekłym spojrzeniem. Przebywszy piętro z zadowoleniem wkroczyłam na ciemne poddasze. Pokoi nie oświetlała ni jedna lampa, a tylko nikłe światło księżyca przedostawało się tam przez małe okna, kolorując wszystko na śpiące odcienie szarości i granatu. Niewiarygodnie pociągająca sypialnia wraz z rozbebeszonym materacem-łóżkiem uwodziły mnie swoją bezbarwną neutralnością, miękkim wyglądem.
  Poranek wkradł się przez okno o wiele za wcześnie, choć swoją obecnością wyprosił całą senność. Ustąpiła ona głodowi i jakby na potwierdzenie tego nagle mój brzuch zaśpiewał głośną serenadę. Z ociąganiem wygramoliłam się spod koca, wybrałam ubranie – tym razem oszczędziłam sobie buty, naciągając na siebie tylko ciasny podkoszulek i te same podarte już szorty – po czym pełna nowej energii ruszyłam na zewnątrz.


* * *


W tym rozdziale zmieniłam narrację. Jak sądzicie - lepiej wypadła w czasie przeszłym czy teraźniejszym? 
PS Nowa zakładka dla osób, które chciałyby być powiadamiane o kolejnych rozdziałach :)

Rozdział Dziewiąty cz.II



  Strach o życie odzywa się równie późno, co w dniu gdy Stwór miał je odebrać. Wysokość zmniejsza się i nagle przestaję czuć twarde gałęzie, ustępują one liściom. Jest ich coraz więcej, więc macham rękoma dopóty, dopóki łapię jeden. Zsuwam się z niego, oczywiście - prędkość spadania była zbyt duża, ale to hamuje ją nieco. Muszę powtórzyć ten ruch jeszcze wielokrotnie, nim lot przybiera wygląd celowego zachowania. 
  Zmęczona ląduję wreszcie na zielonej powierzchni. Przepełniona adrenaliną, radością i bólem dyszę ciężko. 
Odzywają się rany zadane przez Istotę, ale nie zwracam na nie uwagi. Przyzwyczaiłam się do fizycznego bólu. Zdecydowanie bardziej skupiam się na szczęściu. 
  Śmierć nie dostanie mnie tak łatwo. Jestem wojowniczką życia i będę o nie walczyć zawsze, gdy cokolwiek zapragnie wziąć je w swe łapska. To życie jest moje! Cała wrzeszczę w środku. Nie podniosę głosu, kiedy boję się krzyku.  Pomyślisz czytelniku "odbiło jej" "to bez sensu", a jednak to właśnie zajmuje moją głowę teraz kiedy kolejny raz wywinęłam się ze szpon kostuchy. Kolejnym złodziejem życia są Niedoskonali. 
  Nie oddam. Nie ucieknę. Stawię im czoła. 
  Tylko... Nie mam pojęcia którędy wrócić. 
  Płaczę gorzko, prawdziwie z rozpaczą nad bezradnością i nad bliznami, jakie  Śmietnik do tej pory zostawił na moim ciele. Są świeże. 
  A pośród mroku myśli i uczuć nastał świt. Świeży i czysty, chociaż mglisty i chłodny. 
Leżę wciąż, czując wokół wilgoć. Zbieram siły, wysyłam sobie rozkazy. Wstań! Podnieś się! Unieś swoje ciało Nora, do cholery. Wszystko na nic. Przy tak wycieńczonym organizmie potrzebny jest impuls. Ożywcze, zaskakujące wydarzenie. 
  - Słońce wstaje, ja też wstanę - szepczę. - Jeszcze jeden dzień ucieczki, a zabiją mnie przy pierwszym spotkaniu. Zabiją jak Istotę. Nie obronisz się teraz, Nora, musisz sama przyjść. Musisz ich prosić o szansę. Nie. Zmarnujesz. Jej. 
  - Serio, długo zajęło ci dojście do tego wniosku. 
  Ian. Rozpoznaję ten głos - cichy, melodyjny - może śnię. Bo skoro nie śpię, skąd on się tu wziął? Nikt za mną nie szedł, jestem pewna. 
  Nie otwieram oczu przeświadczona o niesprawnym stanie umysłu. Poranny chłód łagodzi gorące rany, obracam głowę w kierunku ciepła, lecz napotyka ona przeszkodę w postaci cienia. 
Znowu ciekawość zdobywa górę nad rozsądkiem. 
  Nie pomyliłam się co do głosu, ale oprócz jego posiadacza są tutaj dwie osoby. Frankie i Adrian. Ian siedzi mając dziwnie skrzyżowane nogi, Frankie wisi głową do dołu i polega tylko na kolanach obejmujących liść nad nami, z kolei krępy Rosjanin stoi sztywno i on też jest posiadaczem wielkiego cienia. Próbuję usiąść z marnym skutkiem. Podporą są mi nogi Adriana. 
  - Wszystko mnie boli - jęczę. Mój głos jest suchy i cichy, trochę zachrypnięty. Spod półprzymkniętych powiek obserwuję ich poczynania. 
Są zadziwiająco cierpliwi, czego nigdy bym o nich nie powiedziała, bowiem ich ciągle surowe, pewne siebie miny przypominają raczej rozpuszczonych bogaczy z zamkniętych szkół. 
To dobre porównanie - bogaci. Zawsze z wyższością spoglądają na ludzie wyłącznie dlatego, że ich rodzice uporali się z brakiem pamięci. Takich jak ja nie dotknęliby nawet kijem, chociaż nie mają o mnie pojęcia. Wcale nie potrzebują nic wiedzieć o ludziach ze slumsów, wystarczy im wiadomość o szerzących się w owych miejscach chorobach i brudzie. Takie snobistyczne spojrzenie mają dla siebie Niedoskonali te kamienne, znudzone twarze wciąż sobie prezentują, jakby to było normalne. Ich zachowanie jest zupełnie inną sprawą. 
  - Sama jesteś sobie winna - słyszę w odpowiedzi. 
Nawet nie wiem, kto to powiedział, zbyt zajmuje mnie fatalna pomyłka. Okazałam się mało spostrzegawcza. Błąd polegał w odczytaniu postawy Rosjanina. Sztywna poza Adriana nie świadczyła o spokoju, a przeciwnie - o rychłym wybuchu. 
  - Brać ją, czy sama polezie?! Mam lepsze zajęcia niż gapić się na śpiący szkielet, ok? Idziemy? 
  Frank zeskakuje na liść przez co ten lekko drży. Jest niższy i dużo drobniejszy od Adriana, a jednak na tyle odważny, żeby dźgnąć go kciukiem w ramię. 
  - To spadaj. 
  Wprawia wszystkich w osłupienie. Krępy chłopak dostaje niemal szału. Odwraca się i widzę tylko jak mięśnie na plecach drgają niespokojnie, podczas gdy on próbuje uspokoić wściekły oddech. Oddala się kilka kroków, a w nerwowym odruchu co chwila zaciska pięści. 
Frankie triumfuje całą minutę. 
Zaraz potem dostaje odpowiedź w postaci wielkiej pięści wymierzonej w lewe oko. 
Oboje są już wkurzeni. Szczupły siedemnastolatek rzuca się na szerokie plecy i zaczyna okładać twarz Adriana. Z kolei zaskoczony Adrian cofa się o krok za daleko i spada wraz Frankiem. Wyciągam ku nim rękę w bezradnym odruchu, jakby pomogło to w czymkolwiek. Zaciskam zęby na samą myśl o tym, że mogą poczuć to samo, co ja. 
  - Nora, liście nic im nie zrobią - odzywa się Ian. - Jesteś pierwszą osobą, która weszła tak wysoko. Nawet zrezygnowaliśmy z włażenia za tobą. Dzywny pomysł, chociaż ciekawy. Dasz radę iść? 
  Zerkam na swoje nogi i stwierdzam, że chociaż są poranione mogą iść. Proszę tylko, aby pomógł mi wstać. 
Sprawiam mu mnóstwo kłopotów podczas schodzenia w dół, ponieważ jęczę, kiedy łapie i zestawia na niższe liście, zaś na samodzielne zeskakiwanie nie potrafię się zdobyć. 
Ziemia oraz jej widok ucieszył mnie w jakiś sposób, bo oznaczał swoistą niezależność. Ian kroczy teraz blisko mnie, ja kuśtykam wolno i co kilka chwil wspieram się o jego ramię. Myślę, że irytuje go to tak samo, jak mnie, chociaż wyraźnie widać to tylko na mojej twarzy. 
  - Obawiam się, że cała twoja wyjątkowość uleciała razem z tą ucieczką. 
  Kiwam głową. Cokolwiek wyjątkowość miałaby oznaczać. 
  - Każdy uciekał? - Pytam. Skoro mowa o niezwykłości wnioskuję, że ktoś już wcześniej tego próbował. Tym razem on potakuje.
  - Ja uciekłem jeszcze zanim przysłali humanoida. 
  Jest dumny ze swojej ucieczki. Uśmiecha się szeroko na samo jej wspomnienie. Postanawiam nie wypytywać w nadziei, że sam mi opowie. Zaczyna dopiero, gdy nuda jest nie do wytrzymania. Cisza nie należy do żadnego rodzaju rozrywek. Nie chcę myśleć o upadku, ani o tym, że mi nie ufają, a brak rozmowy sprzyja takim rozważaniom. 
  Chłopak drapie się chwilę nad brwią. 
  - Szczerze mówiąc wolałbym nie wracać do przeszłości. 
  Dość nieoczekiwany początek. Myślę: wszystkiego można się spodziewać, a później potrzebuję jednak chwili na przeanalizowanie sytuacji. Najzabawniejsze, że ja chciałabym opowiedzieć swoją historię. Powrócić do wspomnień i wyrzucić je z siebie raz na zawsze. 
  - Jeśli opowiesz mi o swoim życiu, ja przedstawię ci swoje - próbuję go przekonać. Mój dumny-zbolały ton nie zawiera w sobie ani krzty daru przekonywania, który - jestem pewna - skrywam głęboko w sobie. 
  - Co za  karta przetargowa - patrzy na mnie. Tak, że zaczynam żałować swojej dumy. Tak, że prawie głośno okazuję jaka była nieprawdziwa. - Naprawdę uważasz, że interesuje mnie twoja przeszłość? Brandona, Risto, Mike'a, może nawet Willa, ale nie mnie. Za to swoją kiedyś ci powiem, jeśli nadal będziesz zainteresowana słuchaniem jej. 
  - Będę! Na pewno będę! 
  Moje zapewnienia są tyle warte, ile wcześniejsza propozycja, więc postanawiam zmienić temat. Właściwie w tej chwili nawet ważniejszy. 
  - Jak daleko doszłam? 
  Wzrusza ramionami. 
  - Kilka kilometrów. Na szczycie zwolniłaś. 
  Zwolniłam, żeby później zatrzymać się i trwać w błogim stanie. Sama myśl o nim przywodzi pragnienie powrotu. Ian nagle odwraca głowę z uśmiechem. 
  - Nieźle oberwałeś - woła. 
  Powtarzam jego ruch. Za nami pojawia się Frank. Jest zadziwiająco blisko, chociaż nie zauważyłam kiedy dokładnie nadszedł. Podbiega bliżej z wyszczerzonymi zębami. 
  - Było warto. Adrian będzie miał po mnie pamiątkę. 
  Potykam się o kamień. Nikt nie próbuje mi pomóc i wprowadza mnie to w stan promieniującej na inne emocje irytacji. Wstaję jęcząc przy tym i zgrzytając zębami, ale zaraz prostuję szyję i pozostały odcinek drogi przemierzam krokiem na tyle dumnym, na ile pozwala mi obecny stan. 
Zachowam godność. 
Wyprzedzam ich jakimś cudem, przy czym niesamowicie cierpię, ale okazuję w ten sposób, że się obraziłam. Na nich takie zagranie nie robi wrażenia. Śmieją się i słyszę, jak Frank rzuca bezlitośnie: 
  - Żeby pocałować ziemię przez taki wielki kamień...
  - Hehe - głupi śmiech. Skąd przyszedł Adrian? - Chyba będę za nią. Kupa śmiechu, nie ma sensu jej zabijać. 
  - Adrian...
  - No co? 
  - Zamknij się - zgodny chór składający się z dwóch głosów. 


***


Dziewiąty rozdział dobiegł końca. Byłabym z niego zadowolona, chociaż ta właśnie II jego część psuje moją opinię. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się tyle powtórzeń w tak krótkim tekście. Przepraszam też za inne błędy, poprawię się w kolejnych rozdziałach :)
(Jak zawsze jakaś uwaga od siebie C: )