"Who are you tu wave your finger?"
- Tool, The pot
Jego nieskładne wypowiedzi nie docierały do nikogo w tamtej chwili. Wyłączyłam rozumowanie już kiedy kazał mi trzymać wędkę. Oczywistym było dla mnie, że wcale nie miałabym siły utrzymać takiej bestii na haczyku – on zapewne wiedział to równie dobrze – zerwałaby linkę zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować. Zerwałam z paska nóż, po czym trzon wsadziłam mocno pomiędzy zęby; wskoczyłam do wody jak najdalej od brzegu. Ręce widziały, jak skutecznie przedzierać taflę, by dotrzeć szybko do celu.
Zanurkowałam tuż obok walczącego ogona.
Woda była mętna i najpierw zobaczyłam mnóstwo zielonych patyczków wypływających z dna. W następnym momencie uwagę przykuła już ryba. Była większa ode mnie, szeroka, cała pokryta ciemnoszarą łuską. Głodnymi oczyma mierzyła przepływające wokół mniejsze stworzenia zirytowana, że ogranicza ją coś tak nędznego. Zdałam sobie sprawę, że ja również jestem mniejszą istotą, gdy jej otwarta paszcza skierowała się w moją stronę.
Zanim postanowiła zapolować ryba szybkim ruchem wynurzyła łeb ponad wodę, żeby zaraz potem odrzucić wędkę Michaela daleko od niego i zwinnie otoczyć mnie swym śliskim cielskiem. Szamotałam się nerwowo przez chwilę, odpierając jej ataki rękoma. Potrzebowałam powietrza, a tymczasem ściągała mnie coraz głębiej.
Bezradnie przypatrywałam się, jak zielone patyczki wczepiają się w rybę, dopóki coś nie ukąsiło mnie ramię i plecy. Podłużne rurki nacinały skórę, a następnie przyssały się do niej, co było strasznie nieprzyjemne.
Gdzieś dalej coś również zmąciło wodę. Jeden z braci wskoczył za mną. Zwinnie, niezauważony przemierzał dzielące nas metry.
Nie! Tym razem dam radę sama!
Matt znacząco machał palcem, wskazując na usta. Wyswobodzoną ręką dotknęłam swoich i nagle przypomniałam sobie o zakleszczonym w nich nożu, mojej jedynej broni. Usta miałam pełne wody, ale nie mogłam tego zmienić.
Zaatakowałam bez namysłu w miejsce, które ryba sama nadstawiła. Niezdarnie trafiłam w płetwę, wprawiając ją tylko w jeszcze większą irytację. Z jeszcze większą zawziętością popłynęła przed siebie, rezygnując z posiłku panicznie wierzgającego tuż obok. Ja niestety nie mogłam tak po prostu dać jej uciec – zostałabym okrzyknięta nie tylko nędznym wędkarzem, ale także tą, która pozbawiła Niedoskonałych wspaniałej smażonej ryby. Szczególnie Leila miałaby za złe Nowej taką głupotę.
Myśląc o blondynce wyciągnęłam ostrze z płetwy, by następnie zatopić je głęboko między łuskami. Płynęłam teraz wraz ze swym oprawcą i ofiarą, trzymając z całej siły broń, drugą zaś ręką zranioną płetwę.
Powietrza!
Byłam przygotowana na jeden błąd, jedną szansę pokonania wodnego drapieżnika, jedyny moment mogący przynieść mi nieco lepszą renomę. Ta chwila musiała jednak nastąpić szybko, bowiem Nora córka ludzi bez wspomnień nigdy nie była dobrym nurkiem.
Próba nadeszła, gdy pysk stworzenia ponownie wynurzył się ponad przejrzystą taflę. Zwolniła niemal zupełnie i wtedy właśnie wspięłam się wyżej na tyle, żeby łeb był na wyciągnięcie ręki.
Wystawiłam głowę ponad wodę. Zachłysnęłam się ogromem powietrza wypełniającego teraz płuca i wodą, którą połknęłam miast wypluć.
Cały czas pozostawałam skupiona na nowej misji, na rybie. Ta natomiast zdążyła już powrócić do ucieczki, choć nie na długo. Z wrzaskiem uniosłam nóż wysoko, a tuż potem w morderczym geście trafiłam nim jej oko, potem raz jeszcze nieco wyżej. Kilkakrotnie uderzałam w łeb, aż wreszcie przestała płynąć.
Zsunęłam się z niej zmęczona, lądując w czerwonym jeziorku. Otaczała mnie ciemna krew, do ciała nadal przylegały ssące patyczki. Rybie usta otworzyły się jeszcze raz, choć oczy zastygły na zawsze; jej życie uszło już gdzieś bezpowrotnie i byłam dumna, że mogłam podziwiać tę śmierć. Byłam jej przyczyną.
Czy jeśli sprzymierzę się z Kostuchą daruje mi ona żywot?
Matt nadpłynął po chwili i sprawnie odepchnął truchło. Ja zdziwiona jego gestem sapałam akurat, krztusząc się nadal. Uczyniwszy to dziwne dzieło zerknął na mnie z dezaprobatą, a potem ruszył ponownie do brzegu nic nie mówiąc. Popłynęłam za nim.
Na brzegu Michael mocno ściskał pukiel swoich włosów. Przestępował z nogi na nogę, jakby nieco zawstydzony i machał do nas wolną ręką.
- Kurczę Nora, nie widziałem, że to arapaima. W dodatku ogromna, mogła cię udusić!
I jemu oberwało się lodowatym spojrzeniem bliźniaka.
- Zabiła arapaimę, to głupota i niepotrzebne niebezpieczeństwo. Mogłeś uciąć sznurek, zamiast z nią walczyć Mike. Teraz przypłynie tu jakiś inny drapieżnik, a potem będziemy znów zmieniać łowisko. Kretynizm! – Sprzątał wędki. Najwidoczniej zakończyłam dzisiejsze połowy. Moja chwila chwały nie nadeszła. Pozostałam ciągle Nową bez wiedzy – tym razem o rybach.
- Spokojnie, pierwszy raz ją widziałem. Musiała przypłynąć niedawno. Z resztą rzadko bywają tu arapaimy… - Niższy z bliźniaków bronił mnie zaciekle. Sama wtrąciłabym jakiś usprawiedliwiający argument, gdybym miała pojęcie o tutejszych wodach. Musiałam biernie brać udział w sprzeczce, której byłam przyczyną.
- Właśnie tak! Nie przypływają prawie wcale! I przez to aż roi się tutaj od tych paskudnych pallusów! Przez tą chwilę przyczepiły się do mnie cztery, ale popatrz na Nową. Fuj!
Oderwał od ramienia jeden z zielonych patyczków. Pallus zostawił po sobie okrągły punkcik, z którego krew kapała sporymi kroplami. Uczyniłam to samo, idąc za jego przykładem, ale paskudnie mnie zabolało. Jęknęłam więc mimowolnie, a tymczasem Mattchew zrywał po kolei każde stworzonko, następnie rozdeptywał każde z nich powoli i ze wstrętem.
- Tylko nie mów reszcie, Matt, bo nie pozwolą jej jeść.
- Sami zobaczą, jak tylko na nią spojrzą. Nie dość, że cała poharatana to teraz jeszcze w kropki. Nowa, ty chyba nigdy nie będziesz ładna – westchnął przeciągle. – Ruszajmy, za chwilę upał będzie nie do wytrzymania.
Musiałam nieść dwie wędki i najmniejszą ze złowionych dziś ryb. Trzecia wędka utonęła wraz z arapaimą, a ryby nieśli bracia. Wlokłam się za nimi spocona. Z każdą chwilą odczuwałam coraz bardziej rozmoknięte rany ostatnich dni.
Słońce górowało nad doliną, którą przemierzaliśmy i nie przesłaniała go żadna chmurka. Jeziorko było połączone z rzeką, mogłam ją teraz zobaczyć, kiedy znaleźliśmy się nieco wyżej, była szeroka i czarna, niespokojna raniła swoje brzegi pnąc gdzieś na północ. Otaczały ją laski pełne sosen i połamanych dębów, zastępowanych stopniowo przez wysokie drzewa, miejscami widziałam również polany pełne kwiatów oraz wysokiej trawy, schronienia mieszkańców tychże lasów, byłam pewna. Wchodziliśmy akurat po krętej, kamienistej drodze na niewielką górę pokrytą szorstkim mchem, aby obłożyć nim ryby i zapewnić im dłuższą świeżość. Później czekała nas spokojna trasa do Kamienicy pośród wysokiej trawy.
Idylliczne obrazy krainy zwanej Śmietnikiem pozwalały zapomnieć o wszelkich troskach.
Nad nami przeleciał ptak. Zaraz za nim całe wrzeszczące stado; doskonale je znałam.
- Co to za zwierzęta? – Podbiegłam do Mike’a.
Większe od nas; to chyba cicha zasada tutaj, że zwierzęta były sporej wielkości. Ich ciała pokryte czarnym błyszczącym pierzem za nic miały upał, niestrudzenie szybowały ponad nami. Długie zakończone ostro dzioby krzyczały radośnie i beztrosko. Porównywałam je w głowie do czarnych orłów i kruków, przypisawszy pochodzeniu ptaków barwną historię o miłości stworzeń, niepotrafiących kochać.
- Nie mam pojęcia – wzruszył ramionami. Śledził harce w powietrzu z uśmiechem. - Brandon mówi, że to po prostu duże kruki, nieszkodliwe. Są głośne, ale nie przyniosły nam dotychczas żadnych szkód. Pewnie zjedzą teraz twoją arapaimę, możesz być dumna.
Powróciłam do nich wzrokiem. Nie tak dawno zapragnęłam zostać ich jeźdźcem i wzbić się na jednym z nich w przestworza tak wolna, jak one. Wirowały w powietrzu niczym małe wróbelki, opadały nisko, a zaraz potem trącały te pozostające wyżej.
- Nora… - Matt zabrał głos. – Powiedz mi, jak wyglądały Stany zanim cię porwali? Tylko opisz to dokładnie. Chciałbym znów tam być…
- Zobaczyć ojca – dokończył jego brat.
Jakie były Stany? Znałam tylko Nowy Jork. Miasto takim, jakie było wobec klasy najniższej, żadnej. Nie wiedziałam od czego zacząć swoją opowieść.
- Nie mam pojęcia, przykro mi – odrzekłam tylko.
- Co masz przez to na myśli?
Dotychczas odwlekłam swe pochodzenie w przepastne czeluści wspomnień. Udało mi się je zachować, chociaż gotowa byłam oddać Obcym wszystkie poza Nicholasem. Umysł teraz wiernie odtwarzał ulice przemierzane przeze mnie każdego dnia dwukrotnie, przed i po szkole, uśmiechnięte twarze mijanych ludzi i ich spojrzenia, gdy skręcałam ku slumsom. Slumsy, jedyny znany mi dom pełen dzieci podobnych do mnie – nie znających życia, nie posiadających żadnych perspektyw. Mieszkanie i unoszący się w nim kurz, ciasne pokoje oraz pałętający się od ściany do ściany rodzice. Na sam koniec zachował sobie obraz Nicka jego falujących brązowych włosów, czujnych oczu i szorstkich dłoni. Tylko to miałam na myśli, bo innego Nowego Jorku nie zdołałam poznać, ot. Nieliczne wspomnienia lubiłam pielęgnować, lecz w każdym z nich udział brał mój starszy brat.
- Była zima, Matt, mroźna i brutalna dla ludzi, których znałam. Styczeń, doskonale pamiętam początek miesiąca, bo śnieżyce zagrodziły nam dostęp do szkół na dwa tygodnie wcześniej, a świeże powietrze i odrobina logiki były mi potrzebne do dalszego egzystowania znacznie bardziej niż czułość – musiałam wzdrygnąć się na dźwięk tego słowa – matki, czy woda z cukrem na dobranoc w święta. Przed szkołą widziałam uśmiech niesamowicie pięknej dziewczynki, małej i chudej, choć nadal urodziwej. Pomyślałam wtedy, że Obcy to potwory, tak bardzo zmienili ludzi; nikt nie zajął się tą dziewczynką, jestem pewna, że niedługo potem umarła. Słońce zaszło zanim opuściłam ukochane mury zmieniając ulice w areny walk, szczególnie dzielnice bliskie biednym, co wcale nie umiliło mi dnia, bo musiałam jeszcze pobiec ładnych kilka kilometrów do jednego ze złodziei. Miał dla mnie farbę do włosów, wiecie co to? Na pewno. Włosy sięgały mi wtedy do pasa, ale skróciłam je tego samego wieczora. Obeszłam miasto szybko, bo szczęśliwie dawne metro było jeszcze otwarte…
Mike wykorzystał przerwę na oddech i westchnąwszy przeciągle poprawił rybę na swoim ramieniu. Moja opowieść chaotycznie zmierzała właśnie do wspomnienia podupadłych tuneli metra, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie takich słów oczekiwali.
- Nowy Jork prezentuje się znacznie gorzej, niż myślałem – jęknął.
- Twoi rodzice nie poradzili sobie, mylę się? – Matt skierował swoje myśli w innym kierunku i bez zastanowienia mogłam wtedy powiedzieć, że wolałabym jednak kontynuować rozmowę z młodszym bratem.
Pokręciłam głową, bez zbędnego wnikania w szczegóły.
- W porządku. Nasza matka też nie – kontynuował. Wzrok swój skierował gdzieś ponad wzgórze. – Utonęła w zamkniętym porcie, kiedy mieliśmy cztery lata. Ojciec wtedy nie potrafił żyć normalnie, ale w końcu zdał sobie sprawę, że został sam z dwójką dzieciaków i podjął pracę. Wymieniał okna tym, których było na to stać. Nie pamiętam życia w slumsach, ale skosztowaliśmy go, zapewniam.
Ich historia. Usłyszałam ją od wyższego z braci, czego nie oczekiwałam. Rozumiałam łączącą ich więź, znałam podobną i słuchając słów Mattchew zazdrościłam im.
Planowali powrót znacznie później niż przyszliśmy. Żałowałam, że Mattchew nie ciągnął dłużej rozmowy, bo chętnie chłonęłabym wszystko, co udało im się zapamiętać z poprzedniego życia. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu, które pozwoliło mi jeszcze kilka chwil beztrosko podziwiać urokliwy zachód słońca ponad wzgórzami. Chwilę staliśmy na jednym ze wzniesień, mogąc w ten sposób objąć spojrzeniem całą dolinę; pokazali mi wielkie kruki atakujące moją zdobycz z gracją i zawzięciem. Nie traciliśmy na kontemplację wiele czasu, a jednak zdołałam poczuć, że może potrafię być przydatna – chociażby moja rola ograniczała się do ułatwienia życia ptakom.
Przywitał mnie Brandon prawie uśmiechnięty.
Bracia pobiegli do mieszkania będącego kuchnią oraz spiżarnią, gdzie szybko uwolnili zdobycze z objęć mchu, zanim te przejęły jego gorzki zapach. Nie przydzielono mi zrobienia posiłku, na razie zatem do moich zadań należało jeszcze tylko oczyszczenie poletka wraz z Thomasem (co ani jego, ani mnie nie napawało entuzjazmem), ale odłożyłam ten obowiązek na później. Wcale nie chciałam pozostawiać całej roboty dla Toma, ale uznałam, że skoro Brandt koniecznie chciał porozmawiać na czwartym piętrze, poletko mogło poczekać.
W Białym Pokoju usiadłam na sofce i dopiero potem zerknęłam na rudowłosego.
Brandon także usiadł, w fotelu. Pierwszy raz zignorowawszy skaleczenia jakich się nabawiłam, przyglądał mi się ze swym zwyczajowym uśmiechem.
- Jak podobało ci się na rybach? – Zagadnął lekko. Czułam, że to wcale nie o rybach chciał rozmawiać i napawało mnie to lękiem. Nie odpowiedziałam od razu. Musiałam najpierw przeanalizować, czy na pewno mam ochotę brnąć w plany tego chłopaka, zbyt dużą był zagadką, abym mogła sądzić, że naprawdę interesują go moje przeżycia związane z czymś tak małoznacznym.
- Nie mogę narzekać – odparłam spokojnie. – Michael i Mattchew są przyjemnym towarzystwem.
- To trzeba przyznać, szczególnie Mike.
Czarne oczy wciąż nieznośnie świdrowały niebieskie. Jakże można mieć oczy na tyle czarne, ażeby tęczówki wyczynem było odróżnić od źrenic, a i wyczyn ten był trudny nawet dla bystrego oka? Brandon takie właśnie posiadał. Ugięłam się pod tajemniczym wzrokiem chłopaka, bo sprawiał, że nachodziła mnie chęć opowiedzenia mu o wszystkim, co kiedykolwiek mnie trapiło.
- Zabiłam arapaimę – przyznałam zatem niechętnie, całą uwagę skupiając na zabawie paznokciem kciuka.
- Ach tak? W takim razie musisz być z siebie bardzo dumna!
Jego wesoły okrzyk przywrócił mi nieco pewności siebie, którą jednak stłumiłam na myśl o wydarzeniach mających miejsce zaraz potem. I o naganie Matta zwierzyłam się mu, ale moje rozczarowanie brakiem sławy pośród Niedoskonałych wprawiło go jeszcze lepszy humor; o ile jego poprzedni nastrój w istocie był dobry.
- Jeszcze dostaniesz swoją szansę, Noro, ale sława tutaj wcale nie jest przyjemna – skwitował. Powoli, acz nieuchronnie nadchodził moment zmiany tematu. – Jest coś o czym muszę ci powiedzieć.
No proszę, cóż za zaskoczenie!
- O czym chcesz mówić? – Zainteresowałam się wprawiającym mnie w lekkie przerażenie tonem jego głosu. Nie zapowiadał on niczego zabawnego.
- O Śmietniku oczywiście, ale jeśli chcesz wiedzieć więcej – a zakładam, że tego właśnie chcesz – to chcę porozmawiać o humanoidach. Musimy trochę podrasować twoją wiedzę na ich temat, bo na razie nazywasz je jeszcze mianem „istot”.
- Właśnie tak! – Rzuciłam ożywiona. – Rozmawiałam z tą istotą, która była tu ostatnio! Z resztą doskonale o tym wiesz…
- Tak bardzo cieszy cię, że w ogóle zamieniłaś z tym kilka słów, a najwidoczniej zapomniałaś w jakim celu przylazł na poddasze – przerwał zirytowany.
Potrząsnęłam głową. Ta rozmowa była bez sensu, jeżeli miałam znowu zostać skarcona. Za oknem mrok spowijał okolicę i tylko różowe niebo wskazywało, gdzie szukać zachodzącego słońca. Musiałam spieszyć się, o ile miałam w ogóle pomóc w polu.
- Miał mnie zabić – wyszeptałam. Łzy zapragnęły teraz zebrać się w oczach bez zaproszenia, żeby następnie uzyskać wolność i płynąć po policzkach. Pamięć od nowa odtworzyła wydarzenia owej nocy, podczas której niemal udobruchałam włochate, mordercze stworzenie. Niemal, bo sztylety wbite w jego głowę uniemożliwiły nawiązanie jakiejkolwiek znajomości. Nie żałowałam tamtej rozmowy, ba! Odczuwałam respekt, szacunek do Istoty. Dlatego kolejne słowa Brandta wprawiły mnie w osłupienie:
- Teraz ty staniesz przed zadaniem zabijania jego pobratymców.
Ciężka cisza opanowała Biały Pokój tonący w ciemnościach nadchodzącego wieczora. Cisza trwająca wiele minut, bowiem czas przestał mieć znaczenie w tamtej chwili. Wystawiłam na szwank cierpliwość kronikarza dwunastki, jednakże kolejny raz zdała trudny egzamin; pozwolił mi w spokoju analizować jedno zdanie, aż dotarła do mnie jego powaga i prawdopodobne następstwa.
Brandon rejestrował każdą zmianę zachodzącą na mej twarzy, emocje, przewijające się przez nią bezustannie. Wreszcie zrozumiał, iż żadnej odpowiedzi nie uzyska i ponownie zabrał głos:
- Niewiele nam o nich wiadomo. Pojawiają się znikąd zwykle do dwóch tygodni po zesłaniu tutaj. Zwyczajnie wychodzą z cienia w nocy, albo za dnia. Każdy z nich jest zupełnie inny i niepodobny do tych, które udało nam się poznać, a to sprawia, że tracimy czas na rozpoznanie ich słabych stron, tymczasem one mogą atakować nas od takowych począwszy.
Był spięty i zdenerwowany mówiąc o Istotach. Nie sprawiało mu to przyjemności, ani nie przywodziło szacunku takiego, jaki mnie ogarniał na myśl o nich. Słuchałam uważnie, próbując jednocześnie sklecić jego opowieść ze słowami wypowiedzianymi przez stworzenie pamiętnej nocy.
- Czasami atakują własnym ciałem, podobnie było w przypadku twojego, ale ostatnio zsyłają też roboty. Wyglądają, jak ludzie, mówią naszymi językami, jednak ich oczy zawsze pozostają pozbawione emocji, bezlitosne. Rozumiesz teraz, dlaczego nerwowo reagujemy na nowych. Roboty używają przeciw nam broni stworzonej niegdyś przez ludzi, atakują ogniem, kulami, łańcuchami, a nawet nożami. To znaczy, że są lepsi od nas. Wiele, wiele lepsi… - Westchnął. Przez chwilę uciekł ode mnie myślami bez reszty zatracając się w sobie. Potem równie szybo jego spojrzenie na powrót było trzeźwe i gotowe do kontynuacji. – Czasami potrzeba kilka osób do zabicia tej poczwary, ale nawet wtedy wymaga to od nas obmyślenia strategii. Rozumiesz do czego zmierzam?
Zaprzeczyłam. To nie czas na kłamstwa, mało rozumiałam.
- Musisz nauczyć się walczyć, Noro, bo nie zawsze będą chciały z tobą rozmawiać. Tego tłumaczę faktem, iż był cząstką ciebie. Większość Istot – podkreślił ten wyraz z dezaprobatą – zaatakuje cię bez namysłu i szczególnie w takich chwilach powinnaś posiadać instynkt wojownika. Nastanie i mroczny czas na Śmietniku, zapewniam cię, że wtedy często nie będzie nikogo, kto mógłby cię obronić.
- Tak, chyba masz rację! Mogę zacząć naukę od zaraz, czy ty będziesz moim nauczycielem? Chcę posiadać taki instynkt. Chcę być niezależna!
Ochoczo wstałam z sofki gotowa na trening, jaki miał mi zaserwować. Nie do końca przekonały mnie jego słowa o Istotach, umysł jednak podpowiadał mi, że roboty są zupełnie inną rasą tych stworzeń. On zatrzymał mnie natomiast rozczarowany.
- Naprawdę uważasz, że instynkt wojownika jest kwestią nauki?
Nie rozumiałam.
- To stan umysłu! Nawet jeśli spędzisz tygodnie na ćwiczeniach fizycznych nie będziesz wiedziała, czy w chwili walki nie sparaliżuje cię strach, albo panika. Z resztą nieważne, to teraz nieistotne, na początek czeka cię kilka wyzwań i jestem pewien, że będzie całe mnóstwo pomysłów jakie mogłyby być.
Ostatnie słowa przywróciły uśmiech na jego ustach, we mnie natomiast ostudziły zapał. Zwiesiłam ramiona, niczym rekrut lata temu, gdy ludzie sami dla siebie byli zagrożeniem.
- Odmaszerować!
Brandt nie stracił radości, wołając to polecenie i odniosłam nawet wrażenie, że chyba czytał w moich myślach.
***
Chciałam tekst od siebie wrzucać mniejszą czcionką, ale mam Wam trochę do powiedzenia.
(Piosenka zupełnie nie pasuje do rozdziału, ale jakoś tak lubię ją)
No więc zgłosiłam się do ocenialni i teraz dopiero zaczyna mnie przerażać, co też wyczytam o swoim blogu. Zwykle dodawałam bardzo krótkie urywki rozdziałów, poza tym byłam maszyną sypiącą przecinkami (a może nadal jestem?). Wróciłam dzisiaj do poprzednich rozdziałów i zauważyłam, że chyba rzeczywiście to, co piszę z czasem nabiera innego wyrazu - zmienia się.
Chciałabym usunąć charakterystykę postaci w zakładce, ponieważ po namyśle uznałam, że znacznie lepiej poznacie bohaterów podążając za kolejnymi rozdziałami. Sugestie co do wyglądu pozostawię, opis usunę, gdy tylko ocenia ujrzy światło dzienne.
No, zwierzyłam Wam się :)
PS Przypominam o zmianie w SPAMie.
PPS Tekst w ogóle nie jest sprawdzony, więc bardzo przepraszam za błędy!